V rozdział "Madie Jolene Meiden" przewidywany na tę niedzielę (jutro) lub na poniedziałek
Bądźcie czujni. Wolicie kwestie Madie czy Mike'a?
sobota, 20 grudnia 2014
wtorek, 16 grudnia 2014
"Madie Jolene Meiden" - Rozdział IV
Madie IV
Mike
Cały czas
biegłem, a ona cały czas krzyczała. Z każdym metrem pokonywanym
przeze mnie słyszałem ją głośniej, lecz coraz rzadziej. To było
przerażające, nie wiedziałem co się dzieje i z chwili na chwilę
miałem więcej czarnych myśli, byłem coraz bliżej Dzielnicy
Sanfiqe. No ale skąd o tym wiedziałem? Już od paru minut śniegu
było mniej, a drzew więcej. Dlatego. Sanfiqe jest inne od reszty
dzielnic, różni się niemalże wszystkim. A jak .. ona tam weszła?
Nigdy bym jej nie znalazł, słyszałbym tylko jej głos i nic
więcej.. Wyczerpany i zdruzgotany tą myślą rzuciłem się na
kolana. Splotłem dłonie na głowie i zamknąłem oczy. Boże.. jej
nie może stać się krzywda! Nie wybaczyłbym sobie tego.. to
wszystko przeze mnie. To wszystko moja wina.
Powiał wiatr, a
na moją twarz opadły włosy, lecz nie moje. Nie otwierając oczu
powoli osuwałem moje dłonie wzdłuż ciała ku dolnej jego części.
Odsunąłem się do tyłu i chwyciłem po zapałki. Oczywiście nie
miałem zamiaru teraz palić, przesunąłem zapałką o draskę . I
wtedy przeżyłem mój pierwszy mini zawał. Przede mną na sznurze
wisiała Madie. Wstałem. Patrzała na mnie z przerażonymi oczami,
uchylonymi ustami i rozmazanym makijażem. Jaka ona była piękna!
Nie mogłem się napatrzeć. Wyglądała szczególnie ładnie i
jestem pewien, że bez tego wszystkiego byłaby jeszcze ładniejsza.
Jej pełne usta, drapieżne oczy i zgrabny nosek.. tak marzyłem żeby
stać z nią twarzą w twarz. Straciłem kontrolę. Zrobiłem krok do
przodu tak, że jej usta były przed moimi, zamknąłem oczy i.. John
położył dłoń na moim barku po czym pociągnął mnie do tyłu.
Zaśmiał się szczerym, ale pocieszającym głosem:
- A no popatrz.. nic
jej nie jest. Niesamowite, ktoś w końcu wpadł w moją pułapkę,
że też ona tu jeszcze jest! To było w 1980, miałem wtedy siedem
lat...
John jak to John zaczął
coś opowiadać. Widząc skwaszoną minę Madie i rozentuzjazmowanie
Johna, który szybko najpewniej nie skończyłby opowiadać,
kaszlnąłem:
- John..
Ten jednak jak zwykle
zresztą w takich sytuacjach nie zareagował. Z każdą sekundą
wyraz twarzy Madie zmieniał się. W jej oczach widziałem tysiące
emocji., to było takie niesamowite! Powtórzyłem już nieco
bardziej stanowczym tonem:
-John..
- JOHN !
Właśnie zapalałem
ostatnią z zapałek. Madie swoim krzykiem tak mnie przestraszyła,
że zapałka wypadła mi z ręki. Zapadła cisza. Po chwili odezwała
się anielsko spokojnym głosem
- Dziękuję. Czy ktoś
mi pomoże?
Podszedłem do niej. Za
mną John. Złapałem się za głowę. Jak mieliśmy ją stamtąd
ściągnąć? Wisiała jakoś 185 cm nad ziemią,a sznur przywiązany
był do jej kostki. Byliśmy zdani na pomysłowość Johna, a ten nie
zawiódł. Szybko przedstawił plan działania :
- Hm.. Więc tak. Ty
stoisz. Ja wespnę się po niej i natnę sznur. Zawisnę na sznurze,
a część do której ona jest przyczepiona zleci razem z nią.
Złapiesz Madie i spadamy.
Sięgnął po nóż do
kieszeni kurtki i od razu przystąpił do działania. John wspiął
się po Madie, przeciął sznur, a ja złapałem. Łatwizna.
Złotowłosa piękność opuściła moje ramiona i zaczęła iść w
stronę Dzielnicy Saligueda. Zdezorientowany John zapytał mnie
szeptem :
- Mike, gdzie ona idze?
- Przed siebie. -
odpowiedziała Madie.
środa, 10 grudnia 2014
Rozdział III - Madie Jolene Meiden
Rozdział III
Madie
Droga z parku do domu, w którym
wtedy mieszkałam była bardzo długa. Pisałam, że jak wracałam
byłam wściekła, ale wraz z upływającymi minutami wściekłość
zamieniała się w smutek, opadły mi emocje i znowu byłam w realnym
świecie. Szłam środkiem drogi. Zwolniłam krok, który był do
tamtego momentu bardzo szybki. Dopiero wtedy odczułam ból, jaki
powinnam odczuć w chwili zdzierania skóry, tłuczenia sobie rąk o
beton (czy co to tam było)w tunelu. Nie wspominając o złamanym
palcu, ale mniejsza z tym. Zatrzymałam się na środku skrzyżowania
i kucnęłam krzyżując ręce na piersiach. To wszystko na raz tak
bardzo bolało, że wbiłam sobie paznokcie w ramiona. Szybko jednak
wstałam i poszłam dalej przed siebie. Na dzień dzisiejszy nie wiem
czy z powodu tego, że było strasznie zimno czy dlatego, że
uświadomiłam sobie, że jestem w nie tej dzielnicy miasta co
powinnam.
Nikt o niej nie mówił,
bynajmniej nie głośno. Nazywano ją dzielnicą zmarłych, ale dla
mnie to była po prostu Dzielnica Sanfiqe, tak jak mówiły książki.
Nic więcej. Może dlatego, że mieszkałam tam dopiero rok? Nie
wiem. Wiedziałam tyle, że nikt tu się nie zapuszczał. To dziwne,
całe Oblendeai było zasiedlone oprócz Sanfiqe. Zupełnie tego nie
rozumiałam. Inne dzielnice były zamieszkałe. Mieszkańcy z
Dzielnic Quentigel, Quesgiel i Saligueda, w której mieszkałam,
unikali rozmów na ten temat, a ja z resztą ich nigdy nie
rozpoczynałam ani nie rozmyślałam nad tym.
Do momentu kiedy kucnęłam na
skrzyżowaniu było całkiem normalnie. Mijałam piękne stare domy z
cegły, sklepiki a poza tym żadnej żywej duszy. Po tym jak wstałam
szłam jeszcze chwilę i zobaczyłam kierunkowskaz z dziwnym napisem.
Zupełnie nie wiedziałam co oznacza i pewnie szłabym gdzieś dalej
gdyby nie wydrapane drzewko. Skręciłam w lewą stronę tak jak
wskazywał znak i ujrzałam coś naprawdę dziwnego oraz odmiennego
niż dotychczas. Okna w domach były powybijane, wszędzie leżały
kawałki szkła. Wszystko wyglądało tak jakby przeszedł tam
huragan. Wszędzie fruwały gazety, na ulicach leżały porozrzucane
i podarte ubrania, pobite serwisy naczyń, porozrywane kanapy i inne
domowe meble. Wydało mi się to dziwne, przyśpieszyłam krok. Nagle
wdepłam w coś mokrego i ciecz rozbryzła się mi na nogi. Zwróciłam
na nie wzrok i wydałam z siebie okrzyk strachu. Widok krwi przeraził
mnie ale to co zobaczyłam gdy powoli obróciłam się do tyłu
przerósł moje wszelkie oczekiwania. W odległości 4 metrów stała
za mną czarna postać. Momentami widziałam jej zarysy sylwetki,a
jej oczy były głębokie niczym studnia. Wyglądała jakby prosiła
mnie o pomoc. Powolnie poruszała rękoma i delikatnie poruszając
wargami wydawała z siebie głuche zdania. Byłam cała zdrętwiała
ze strachu i w głębi błagałam Boga aby był to tylko sen.
Niestety „ona” z sekundy na sekundę była bliżej mnie.
Intuicyjnie zaczęłam się cofać. Z każdym moim kolejnym krokiem,
zmieniała wyraz twarzy. Pochylała głowę raz do lewego ramienia a
raz do prawego, robiąc przeróżne grymasy na twarzy. W pewnym
momencie wysunęła głowę do przodu z niedowierzaniem wymalowanym
na twarzy. Zmarszczyła czoło i zaczęła bezszelestnie krzyczeć
wymachując rękoma w moją stronę. Miałam już tego dosyć.
Zaczęłam biec. Biegłam tak szybko jak mogłam, a tajemnicza postać
nadal była blisko mnie. Wkrótce była tak blisko, że czułam jej
dotyk. Rozpłakałam się i wołałam pomoc. Nie miałam już sił
biec. Czułam, jak moje nogi zwalniają i brakuje mi powietrza. Nagle
wywróciłam się, a kiedy chciałam ponownie wstać poczułam coś
co obejmowało moją kostkę. Pociągnęło mnie do góry. Myślałam,
że to już koniec. Poczułam obcy oddech na mojej twarzy i męskie
perfumy. Otworzyłam oczy i nie mogłam im uwierzyć. To był Mike.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Komentujcie !
Komentujcie, oceniajcie, zwracajcie uwagę na błędy w postach - odezwijcie się ! :)
Czekamy na komentarze !
Na fanpage'u już jest informacja o III rozdziale Madie Jolene Meiden. Jutro się pojawi :)
Oczekujcie go w godzinach wieczornych !
Czekamy na komentarze !
Na fanpage'u już jest informacja o III rozdziale Madie Jolene Meiden. Jutro się pojawi :)
Oczekujcie go w godzinach wieczornych !
środa, 3 grudnia 2014
Madie Jolene Meiden - Rozdział II
Rozdział II.
Mike
Siedziałem z Johnem na brzegu
stawu w parku. Opowiadał mi o swojej nowej dziewczynie Elizabeth.
Zawsze go słuchałem i próbowałem jakoś mu poradzić ale teraz
nie mogłem. Ciągle myślałem o dziewczynie, którą widziałem na
przyjęciu. Była taka piękna.. te kręcone blond włosy jak
sprężynki, śliczne duże oczy. A uśmiech? Uśmiech miała
cudowny.. był tak hipnotyzujący, że z 5 razy dostałem szpilką po
stopie na imprezie z zapatrzenia. Myślę, że nie raz nawet udało
mi się złapać jej wzrok. Tylko czemu byłem taki głupi i nie
podszedłem do niej, no czemu...
Ocknąłem się z zamyślenia.
John kończył coś opowiadać, a ja zupełnie straciłem wątek.
Nagle zapytał mnie:
- A tak powracając do tej kolacji z
jej rodzicami to myślisz, że dobrze zrobiłem?
Przeczesałem ręką moje krótkie
włosy i zawiesiłem zakłopotany głowę.
- Stary!- wykrzyknął John- Widzę,
że to nie ja potrzebuję porady tylko ty. Co ci jest ?
- Myślisz, że ją złapali?
- Co? Ale kogo?
- No Madie..
Zawstydziłem się. Już zaczynałem
żałować, że go o to zapytałem, w końcu to John, zawsze rzuci
jakiś głupi komentarz, ale tym razem wyczuł, że nie mam ochoty na
żarty. Schylił się, podniósł kamień i cisnął nim w taflę
wody. Po krótkiej chwili odpowiedział mi poważnym tonem, trochę
to do niego nie pasuje, ale nie przeszkadza mi to bo to on zawsze mi
pomaga. W końcu to mój najlepszy kumpel.
- Wiesz Mike, widziałem jak na nią
patrzałeś. Z resztą ciągle to robisz. W szkole, na ulicy, na
przyjęciu. Chciałbym ci powiedzieć, że na pewno dała radę
uciec, ale..
- Ale?- zapytałem błagalnym
głosem.
- Klaus ją gonił.
- Co?
- Klaus ją gonił, została sama na
podwórku i wbiegła do tunelu. Tam jest pełno gruzów i do tego jest kilka odgałęzień. Szanse, że trafiła na te co prowadzi
do parku są znikome i ona jeszcze jest tu całkiem nowa..
Objąłem dłońmi głowę. John
położył swoją dłoń na moje ramię, chyba chciał mi tym dodać
otuchy i ciągnął dalej.
-Słuchaj... znam ją trochę.
Nie jest taka niewinna na jaką wygląda, więc
Nagle rozległ się stłumiony głośny
krzyk. Wiedziałem, że to ona. Nie czekałem ani chwili i poderwałem
się z ziemi. Zdjąłem futerał z gitarą z pleców i zacząłem
biec. Bez namysłu, przed siebie. John krzyczał coś za mną,
próbował mnie dogonić. Byłem jednak dla niego zbyt szybki. Niczym
Selvita w galopie, no może trochę wolniejszy ale starałem się
biec jak najszybciej mogłem. Coś musiało jej się stać. Gdyby
John nie zabrał by mnie swoim motorem to nie zostawiłbym jej samej
na tej polanie jak ci tchórze, pobiegłbym z nią, albo uciekł inną
drogą byle nie tunelem.. a pobiegła sama. Mogła wbiec do dziury
jakich tu nie mało i złamać sobie coś albo.. wolałem sobie nie
wyobrażać.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Info
Tak, tak. Jutro będzie II Rozdział "Madie Jolene Meiden". Zastanawialiście się kim może być Christina? :)
Pozdrawiam, miłego wieczoru.
Pozdrawiam, miłego wieczoru.
piątek, 28 listopada 2014
,,Chwila Ukojenia" #1
,,Chwila Ukojenia"
Wróciłam ze szkoły. Było już ciemno, a ja wciąż nie odrobiłam lekcji ani nie zrobiłam nic pożytecznego. Siedziałam na łóżku z tabletkami w prawej dłoni. Pamiętam to doskonale jak nic. Był już nowy rok, a ja wciąż rozpamiętywałam poprzednie 4 dni z imprezy Sylwestrowej u Paulinki. Tej kochanej ''najlepszej'' przyjaciółki na całe życia, która zrobiła najgorszą rzecz jaką można zrobić osobie, którą zna się 15 lat, która latała i wycierała każdą jej łezkę i każdy jej błąd. Brzydzę się Nią. A zwłaszcza On, czyli ten który mnie..
-Kochanie!- rozbrzmiał głos mojego taty po całym pokoju- Obia..d. Na co Ci moje tabletki?
Wszedł w najgorszym momencie jaki tylko mógł być. Jeszcze sam fakt, że mój pokój jest mały i widać każdy najmniejszy szczegół, każdy paproć i najmniejsze kolczyki leżące na zatłoczonej pamiątkami toaletce.
-Znalazłam je w salonie na stoliku. Zostawiłeś je tam?- Dobrze wiedziałam, że ich tam nie zostawił ale warto było spróbować.
-Nie wiem jak tam się znalazły.. Może babcia znowu robiła te swoje porządki. Bynajmniej nie powinny Cię interesować, bo są wypisywane na receptę i wolę byś się koło nich nie kręciła mała ćpuneczko, dobrze?- zaśmiał się- Zejdź zaraz na obiad, czekamy.
Skinełam głową na tak i położyłam jednym ruchem tabletki na pufę. Tata oczywiście szybko je stamtąd zabrał i nim się obejrzałam nie było go w pokoju. Martwię się, że nie daje rady po śmierci mamy. Wierzę, że jest w dobrym miejscu, bo była bardzo religijną osobą. Cóż czeka mnie obiad o 18.30, bo tata pracuje na dwie zmiany by opłacać dom, który wybudowali z mamą na dwa kredyty. Przykro mi, że jej już z nami nie ma ale minęły w końcu 4 lata i trzeba się pozbierać. Tata wygląda na twardego i bezuczuciowego ale tak na prawdę jest wrażliwy i przepełniony uczuciami, którymi potrafi wybuchnąć w każdej chwili.
Przy stole siedział tata, babcia Rozalia z dziadkiem Aleksem. Pierwsze co to poszłam przytulić się do odznaczanego marynarza, którego miałam zaszczyt nazywać dziadkiem. Kocham jego uśmiech, wodę kolońską oraz ciepły głos, który opowiadał mi masę wymyślonych bajek na dobranoc. Były okropne, ale kochałam słuchać jego głosu.. Był taki uspokajający. Jedyne co go denerwowało to gdy zabierał mnie na ryby, a ja krzyczałam to nigdy nic nie mógł złowić. Ale coż, lubił się tym wszystkich chwalić Chwalić swoją wnuczką. Babcia to kompletna odwrotność. Nerwowa i pracowita była gwiazda teatralna. Ma swój styl, charakter a mimo to dziadek zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia w szpitalu. Zawsze wzrusza mnie fakt, że zakochał się w mniej nie z wyglądu, gdyż nie miała wtedy włosów. Była po chemii. Mimo wszystko On i tak się zakochał. Po prostu zobaczył w niej coś więcej lub jak to mawia :
,,Widziałem w niej Anioła. Nie upadającego lecz takiego z jednym skrzydłem. Chciałem jej oddać swoje, lecz wtedy nie zabrała mi skrzydła lecz moje serce. Kocham ją tak mocno jak 50 lat temu i nie przestanę, Ona może, Ja nie." Dziadek za każdym razem jak to powtarza babcia się rumieni i drocząc się każde Mu nie zgrywać poety i jeść. Ja i tak wiem, że jej się to podoba.
Było po obiedzie, więc wróciłam do swojego pokoju, położyłam się na łóżku i pomyślałam jak bardzo rozmyślanie o mojej rodzinie potrafi oderwać mnie od mojej melancholijnej codzienności i może mnie zabrać do czasów gdy nie było dnia bez mojego uśmiechu na twarzy.
Wszystko było dobrze, miałam pozytywne nastawienie gdy nagle przyszła mi wiadomość od Mike.:
,, 19:42 Piąty Stycznia
Lucy prosze cie! Wybacz mi ja nie wiem co wtedy robilem. Nie mialem pojecia co sie dzieje. Wszystko jest takie skomplikowane. Musze ci to wsyzzstko wyslumaczyc! Blagam ja cie tak kocham! nie zostawiaj mnei Lucy !!!!"
Nie mogłam oddychać, zamarłam.
Wróciłam ze szkoły. Było już ciemno, a ja wciąż nie odrobiłam lekcji ani nie zrobiłam nic pożytecznego. Siedziałam na łóżku z tabletkami w prawej dłoni. Pamiętam to doskonale jak nic. Był już nowy rok, a ja wciąż rozpamiętywałam poprzednie 4 dni z imprezy Sylwestrowej u Paulinki. Tej kochanej ''najlepszej'' przyjaciółki na całe życia, która zrobiła najgorszą rzecz jaką można zrobić osobie, którą zna się 15 lat, która latała i wycierała każdą jej łezkę i każdy jej błąd. Brzydzę się Nią. A zwłaszcza On, czyli ten który mnie..
-Kochanie!- rozbrzmiał głos mojego taty po całym pokoju- Obia..d. Na co Ci moje tabletki?
Wszedł w najgorszym momencie jaki tylko mógł być. Jeszcze sam fakt, że mój pokój jest mały i widać każdy najmniejszy szczegół, każdy paproć i najmniejsze kolczyki leżące na zatłoczonej pamiątkami toaletce.
-Znalazłam je w salonie na stoliku. Zostawiłeś je tam?- Dobrze wiedziałam, że ich tam nie zostawił ale warto było spróbować.
-Nie wiem jak tam się znalazły.. Może babcia znowu robiła te swoje porządki. Bynajmniej nie powinny Cię interesować, bo są wypisywane na receptę i wolę byś się koło nich nie kręciła mała ćpuneczko, dobrze?- zaśmiał się- Zejdź zaraz na obiad, czekamy.
Skinełam głową na tak i położyłam jednym ruchem tabletki na pufę. Tata oczywiście szybko je stamtąd zabrał i nim się obejrzałam nie było go w pokoju. Martwię się, że nie daje rady po śmierci mamy. Wierzę, że jest w dobrym miejscu, bo była bardzo religijną osobą. Cóż czeka mnie obiad o 18.30, bo tata pracuje na dwie zmiany by opłacać dom, który wybudowali z mamą na dwa kredyty. Przykro mi, że jej już z nami nie ma ale minęły w końcu 4 lata i trzeba się pozbierać. Tata wygląda na twardego i bezuczuciowego ale tak na prawdę jest wrażliwy i przepełniony uczuciami, którymi potrafi wybuchnąć w każdej chwili.
Przy stole siedział tata, babcia Rozalia z dziadkiem Aleksem. Pierwsze co to poszłam przytulić się do odznaczanego marynarza, którego miałam zaszczyt nazywać dziadkiem. Kocham jego uśmiech, wodę kolońską oraz ciepły głos, który opowiadał mi masę wymyślonych bajek na dobranoc. Były okropne, ale kochałam słuchać jego głosu.. Był taki uspokajający. Jedyne co go denerwowało to gdy zabierał mnie na ryby, a ja krzyczałam to nigdy nic nie mógł złowić. Ale coż, lubił się tym wszystkich chwalić Chwalić swoją wnuczką. Babcia to kompletna odwrotność. Nerwowa i pracowita była gwiazda teatralna. Ma swój styl, charakter a mimo to dziadek zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia w szpitalu. Zawsze wzrusza mnie fakt, że zakochał się w mniej nie z wyglądu, gdyż nie miała wtedy włosów. Była po chemii. Mimo wszystko On i tak się zakochał. Po prostu zobaczył w niej coś więcej lub jak to mawia :
,,Widziałem w niej Anioła. Nie upadającego lecz takiego z jednym skrzydłem. Chciałem jej oddać swoje, lecz wtedy nie zabrała mi skrzydła lecz moje serce. Kocham ją tak mocno jak 50 lat temu i nie przestanę, Ona może, Ja nie." Dziadek za każdym razem jak to powtarza babcia się rumieni i drocząc się każde Mu nie zgrywać poety i jeść. Ja i tak wiem, że jej się to podoba.
Było po obiedzie, więc wróciłam do swojego pokoju, położyłam się na łóżku i pomyślałam jak bardzo rozmyślanie o mojej rodzinie potrafi oderwać mnie od mojej melancholijnej codzienności i może mnie zabrać do czasów gdy nie było dnia bez mojego uśmiechu na twarzy.
Wszystko było dobrze, miałam pozytywne nastawienie gdy nagle przyszła mi wiadomość od Mike.:
,, 19:42 Piąty Stycznia
Lucy prosze cie! Wybacz mi ja nie wiem co wtedy robilem. Nie mialem pojecia co sie dzieje. Wszystko jest takie skomplikowane. Musze ci to wsyzzstko wyslumaczyc! Blagam ja cie tak kocham! nie zostawiaj mnei Lucy !!!!"
Nie mogłam oddychać, zamarłam.
Powracamy !
Powracamy do prowadzenia bloga! Niestety nie będę kontynuowała "Dagi", ponieważ uznałam, że poprzednie moje wpisy były niezbyt ładnie napisane i po prostu już nie mam na nią pomysłu.
W zamian rozpoczynam nową opowieść a mianowicie Madie Jolene Meiden. :)
Bądźcie z nami na bieżąco na facebooku: https://www.facebook.com/BlogNaszeOpowiadania?fref=ts
Kolejne rozdziały będą się pojawiać co 4 dni.
Mam nadzieję, że was to zainteresuje.
Miłego wieczoru, jeżeli z nami jesteś pozostaw swój ślad w komentarzu. :)
W zamian rozpoczynam nową opowieść a mianowicie Madie Jolene Meiden. :)
Bądźcie z nami na bieżąco na facebooku: https://www.facebook.com/BlogNaszeOpowiadania?fref=ts
Kolejne rozdziały będą się pojawiać co 4 dni.
Mam nadzieję, że was to zainteresuje.
Miłego wieczoru, jeżeli z nami jesteś pozostaw swój ślad w komentarzu. :)
Madie Jolene Meiden. Rozdział I
Rozdział I
Połowa Grudnia. Rok 1990, Madie
Padał śnieg, był okropny
mróz, a w tle pobrzękiwały dzwoneczki przy drzwiach domów.
Typowe
klimaty Oblendeai. Jak nie padał śnieg to był upał. Masakra, to
tak jakby dwie pory roku! Jak tylko skończę osiemnaście lat wyjadę
stąd. Nowy Jork, Londyn... to jest coś. Ludzie chodzą do kin,
centrum handlowych.. a ja? A ja w Oblendeai mogę tylko pójść do
kawiarni dla staruszków czy kiepskiego teatru pana Brandon.
Do tego wracałam sama do domu
ubrana tak skąpo, że jakby mnie ktoś zobaczył spaliłabym się ze
wstydu.. I jeszcze do tego byłam wściekła. Tak wściekła, że
radziłabym temu komuś uciekać bo rozszarpałabym go ze złości na
strzępy. A to wszystko przez imprezę u Kariny i jej niezbyt
rozwiniętą umiejętność jakby to powiedzieć.. unikania kłopotów.
Dlaczego zawsze jak organizowała jakąś imprezę kończyło się to
aferą? Reszta z tym.
Była to impreza urodzinowa. W jej
domu, a dokładniej domu jej rodziców, których nie było w domu.
Pełno alkoholu, dobrego jedzenia, fajnych ludzi i marihuany. Ogród
z wielkim basenem, a do tego ganek z parkietem i muzyką rodem z
„Projektu X”. Idealne okoliczności do imprezy? Pewnie by takie
były gdyby Karina nie pomyliła planów swoich rodziców i mieli by
wrócić faktycznie o 2 ale w południe następnego dnia, a nie o 2 w
nocy jak to się stało. Impreza ucichła, wszyscy się zlecieli na
toast i w momencie unoszenia kieliszków, kiedy w końcu nastała
cisza, wszyscy usłyszeli śpiew policyjnych syren. Nawet rozśmieszył
mnie przestraszony wzrok niektórych osób, ale nie było mi już tak
wesoło jak razem z tłumem przepchnięto mnie w ciemną część
ogrodu. Po chwili jednak ogarnęłam sytuację i zrozumiałam, że
trzeba uciekać przed policją, która zaczęłą podążać za nami.
Ludzie rozbiegli się więc zostałam sama jak palec. Niedługo
rozważając wbiegłam do powojennego tunelu. Biegłam i biegłam
potykając się co rusz o odłamki betonu rozwaliłam sobie kolano,
łokcie i porwałam moją pudrowo-różową, ulubioną sukienkę.
Traciłam właśnie nadzieje, że policjant biegnący za mną skręci
w inne odgałęzienie tunelu wybiegłam cudownym sposobem z tunelu do
parku. 15 minut w jakie pokonywałam drogę z parku na ulice
Oblendeai teraz wydawały mi się godziną. Kiedy wybiegłam na
pierwszą ulicę spojrzałam za siebie. Policjanta nie było, a ja
osunęłam się na ziemię. Uspakajałam oddech na przemian z dzikim
śmiechem, bo ta cała ucieczka i impreza wydały mi się idiotyczne.
Następnie wydałam z siebie ryk gniewu. Z pewnością widząc mnie
wtedy uznałbyś, że jestem psychiczna. Taka już jestem. Taka już
jest Madie Jolene Meiden. Zatrzęsłam się. Przetarłam dłońmi
jedwabistą skórę mojej twarzy i wstałam z ośnieżonego chodnika.
To właśnie wzbudziło we mnie
tak wielką wściekłość. Ani na chwilę nie zatrzymałam się w
drodze do domu. Zastanawiałam się tylko czy Christiana jest w domu.
Tak bardzo jej nie nawidzę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)