poniedziałek, 23 marca 2015

"Madie Jolene Meiden " - Rozdział VII

Madie VII
        -Droga Lucille – zachichotałam – już dobrze, już wstaję! Pomogę w ogródku, rozpalę palenisko! O, tak pachnie, czy już przyniosłaś z ogródka wrzo...
Zawiesiłam głos i posmutniałam. Znowu sen o Lucille.. ta pocieszna staruszka zawsze tak pięknie pachniała wrzosami.. teraz czuć było typowy zapach kuchni. Codziennie budziła mnie pięknym śpiewem o polach, słońcu i drzewach, teraz każdego ranka w mojej sypialni panowała cisza.. i ten pulchny, krótki palec, niemal zupełnie pozbawiony paznokcia na skutek obgryzania, który ostrożnie i prawie nieodczuwalnie tykał moje ramię póki nie otworzyłam oczu. Tak, to napewno była służąca Aya. Otworzyłam oczy. Przy moim łóżku klęczała pulchna kobieta, około czterdziestoletnia chinka o wąskich ustach.
       W bardzo jasnej twarzy osadzone były ciemne, wystraszone oczy pozbawione rzęs. Brwi także nie miała, był to najpewniej efekt stresu pracy u Horalów. Włosów upiętych w malutki koczek także nie było za wiele. Strasznie wypadały, były wszędzie w moim pokoju, mimo, że starała się je systematycznie zbierać, przepraszając mnie przy tym bardzo. Nie miałam serca zwrócić przedtem jej na to uwagi. Ona pewnie myślała, że jestem jak moja ciotka, będę karcić ją za najmniejszą niedokładność. Pamiętam, jak pewngo dnia Aya pomyliła słoiczki na sól i cukier i wsypała przyprawy na odwrót. Christiana posoliła sobie herbatę, spróbowała łyżeczką gdyż była ona niemalże wrząca i wylała na kark biednej Ayi, która zbierała cukierki wysypane przez Sophię. Służąca podskoczyła, z krzykiem, który szybko stłumiła dłonią. Jej chlebodawczyni uniosła się gwałtowanie, wyrzucając krzesło niemalże w służącego Larsa. Zaczęła ją mocno kopać, kobieta próbowała odczołgać się jak najszybciej z salonu do skromnego pokoiku wszystkich służących. Christiana była bezlitosna. Gdy nieustannie kopana kobieta przeczołgała się do progu drzwi, Pani Domu chwyciła ją za włosy i przeciągnęła, płaczącą i próbującą się złapać czegokolwiek by sobie ulżyć, do schowka na wszystkie urządzenia do sprzątania. Ciotka biła ją długo śmiejąc się, a gdy wyszła wyrzuciła pukiel włosów swojej ofiary Ayi na lśniące szmaragdowe płytki. Młoda i przerażona pokojówka Pattie szybko zmiotła włosy swojej o wiele starszej przyjaciółki, żona Harolda Horala przeszła do jadalni i z twarzą nie wyrażającą żadnych emocji usiadła z powrotem do stołu. Wuj Harold jak i jego szóstka potomstwa siedzieli, jedząc ze wzrokiem wtopionym w talerze. Tylko Cassie ukradkiem ocierała łzy, ja nie potrafiłam płakać, nie odważyłabym się. Nie mogłam pojąć jak Cassie wychowana przez matkę psychopatkę i ojca pantoflarza była taka łagodna i uczuciowa. Było mi bardzo żal Ayi, wiedziałam, że nie dostanie jedzenia przez najbliższe dwa dni i będzie musiała pracować dwa razy więcej. Nie wiem jak, ale włożyłam do kieszeni dresów ( które były nieustannie krytykowane przez Christianę, ,,Jak kobieta może nosić spodnie, a nie suknię ?! ") dwie nóżki kurczaka, ziemniaka i trzy wafelki z kremem. Podczas tej kolacji wyszłam szybciej niż zwykle. Chciałam również wziąć biednej Ayi lepszą spinkę by mogła spiąć włosy tak, aby ukryć łysinę. Wychodząc z pokoju przystanęłam i zawachałam się. Czy ciotka nie uznałaby, że służąca ukradła spinkę i jeszcze bardziej jej nie skatowała? Skrzywiłam się zrezygnowana i odłożyłam ją na dębową toaletkę. Zeszłam po schodach i rozejrzałam się po przedpokoju. Uff, nikogo nie było. Uchyliłam drzwi pokoju służących, tam też jednak panowała pustka. Przeraziłam się. A jeśli ona dalej leżała w schowku ? Przeszłam kilka kroków, dotarłam do drzwiczek schowka i usłyszałam pośpieszny, krótki oddech. Otworzyłam ostrożnie drzwi i zapaliłam malutką świecę stojącą na belce. Ujrzałam zakrwawioną twarz. Kobieta wyszlochała:
  -  Nniech paniennka stąd od od odzejdzie- kaszlnęła- nniech ucicieka..
Zakryłam usta, kucnęłam i szybko ją przytuliłam. Kobieta zaszlochała i odsunęła się bojaźliwie.
  -  Mam dla Pani trochę jedzenia – wyciągnęłam kurczaka, ziemniaka i wafelki z kieszeni- na pewno się przyda..
- Och czy to podstęp? - przestraszyła się bardzo- Przepraszam bardzo najszanowniejszą panienkę- wyszeptała ze łzami w oczach i skuliła się- nich nie bije !
I mi napłynęły łzy do oczu.
   -  Niech pani tak nie mówi.. ja to tylko z dobroci robię.. przecież nie jestem taka jak oni! Niech pani to zapamięta !
Stróżki łez zaczęły wędrować po moich polikach. Nie miałam już siły patrzeć na jej cierpienia, jak ona się boi.. pośpiesznie wyszłam ze schowka i skierowałam się do schodów. Po tym zdarzeniu często się u mnie pojawiała, spoglądając dziękczynnie. Budziła mnie. Tak było i tego ranka.
      Usiadłam bokiem na łóżku, a Aya wyszła pośpiesznie z pokoju. Na stoliku czekała na mnie filiżanka z miętową herbatą, dwie kiełbaski i kanapka z pasztetem, ogórkami i rzeżuchą, a przy nim mała miseczka z wodą i mydłem. Na antycznym czerwonym krześle leżała świerzo wyprasowana piękna błękitna spódnica z czarnym cienkim paskiem wokół pasa, jedwabna biała koszula i obrzydliwy skórzany, cuchnący po poprzednich uczniach krawat. Zrozumiałam, że Christiana jeszcze nie doszła do siebie i mogła w każdej chwili wybuchnąć gdyby mnie zobaczyła i mogłam zjeść spokojnie w swoim pokoju. Dzięki Bogu! Uwielbiałam takie okazje gdy nie muszę siedzieć koło tych prosiaków - Margaret, Ester, Karity i Sophie i nie widzieć tego zbędnego przepychu przy stole. Chociaż był mały minus.. aż tęskniłam żeby zobaczyć mojego pięknego kuzyna !
Gdy zjadłam i przygotowałam się by wyjść i iść na "uczelnię" przystanęłam jeszcze na chwilę przy oknie. Spojrzałam na zegar- miałam jeszcze 10 minut do wyjścia. Zaczerwieniłam się, dotknęłam okna spoglądając na jasne, pogodne niebo i szepnęłam zamykając oczy;
-  Boże.. jak ja mogłam tak sądzić.. nie, nie i nie Madie ! Nie ! To jest nie normalne, tak mówić o swoim kuzynie.. A z resztą czy to jest coś złego? Przyglądać się ładnemu chłopakowi ? Przecież on nawet nie jest w moim typie.. no ale jaki jest ten mój typ ? Matko.. niczego nie jestem pewna. Siedzę w Oblendeai oddzielonym od świata, w którym się wychowywałam, nawet nie wiem jak je opuścić.. A jak jestem nie normalna, psychiczna, ciało żyje w innym świecie, a świadomość w innym ? Ciało na Ziemi, a świadomość w Oblendeai?- po plecach przeszedł mi dreszcz- Może tak byłoby lepiej? - powoli przeszłam wzdłuż parapetu śledząc opuszkiem palca szczelinę- A ten Mike? Właściwie kim on jest? Może też jest nienormalny? Nie, nie.. to całkiem w porządku, zamulony i nieco uparty gość. Wczoraj kiedy pomógł mi wyjąć szpilkę spojrzałam na jego oczy, widziałam to bardzo dobrze. Były jak te w śpiewie Lucille, śpiewała to czasem gdy na mnie patrzała- " (...) piękne i głębokie niczym moje sekretne morze. Jak pierwsza miłość ukochana i niczym listy Harveya utęsknione". Nie wiem jakie ukryte znaczenie ma ten "wiersz" (?) i co ma znaczyć, ale coś w środku podpowiada mi, że jest w tym momencie właściwy...
   Zegar ciężko wybił godzinę 8:00. Ocknęłam się z zamyślenia. Porwałam pióro i wielki zeszyt z białej komody po czym zmierzyłam ku drzwiom.

poniedziałek, 2 marca 2015

Czytelniku !

No nie dodają rozdziałów, na pewno już im się znudziło, nie będzie więcej... NIC Z TYCH RZECZY !!! Już wkrótce dodam kolejny rozdział "Madie Jolene Meiden" , spokojnie ! :) Niestety grypa i masa nauki uniemożliwiły mi pisanie.. ale ten czas już się kończy !
 O pojawieniu się nowego rozdziału dowiesz się m.in. na naszym Fanpagu !
Pozdrawiam, tymczasem zapraszam do czytania już obecnych na blogu rozdziałów :)

wtorek, 3 lutego 2015

Informacja i takie tam

O pojawieniu się na blogu VII rozdziału "Madie Jolene Meiden" poinformujemy na fanpage'u :) Pojawi się on wkrótce. 
Jak wam się podoba do tej pory? Co sądzicie o bohaterach? Kogo wersje bardziej lubicie? Odpowiadajcie w komentarzach! 
Pozostawiajcie po sobie ślad, obserwujcie nas, polubcie na facebooku by być zawsze na bieżąco :).
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
nasz fanpage :  https://www.facebook.com/BlogNaszeOpowiadania?ref=hl
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
A tak na koniec posta chciałabym Wam bardzo podziękować w imieniu moim i Krystallicznej za tą magiczną liczbę wyświetleń. Miłego wieczoru. :*

czwartek, 29 stycznia 2015

"Madie Jolene Meiden" - Rozdział VI

Madie VI
Madie
     Moja droga Sharlotte.. ta tragedia.. ten dzień zostanie mi w pamięci na zawsze. Pierwszy raz w życiu nasza mama zaufała mi i powierzyła mi opiekę nad tobą. Starałam się by uśmiech ani na chwilę nie uciekł z twojej twarzy, byś nie odczuła nie obecności mamy. Wszystko szło tak jak miało być.. przynajmniej do tamtej chwili. Bawiłam się z tobą, dałam ci kolację, wykąpałam cię, a w końcu zaczęłam ci śpiewać myjąc naczynia. Kręciłaś się, skakałaś, śpiewałaś swoim pięknym głosikiem razem ze mną. Zerkałam co chwila na ciebie zza ramienia, byłaś taka grzeczna, byłaś w tym miejscu co ci kazałam. Nie chciałam byś odchodziła gdzieś dalej ode mnie, nie tylko dlatego, że mama i Patrick bronili mi cię spuszczać z oczu ale i ja chciałam żebyś była bezpieczna. Niestety coś zrobiłam źle.. nie zauważyłam, nie dosłyszałam.. nie wiem. Gdy myłam garnki nasze śpiewy ucichły. Strumień wody bijący o naczynia zagłuszył odgłos tupania twoich stópek, a ja nie spostrzgłam, że gdzieś sobie poszłaś. Gdy skończyłam myć zorientowałam się, że coś jest nie tak i instynktownie obróciłam głowę. Ciebie nie było a to oznaczało tylko jedno – jesteś na schodach.. Rzuciłam talerz o kafle w kuchni rozbijając go tym na miliony kawałków i rzuciłam się w pogoń za tobą. To nie było bezpieczne miejsce na zabawę. Schody były długie, kręte stare i drewniane, pośrodku miały otwór ciągnący się na długość kilku pięter. Od czasu gdy prawie złamałaś na nich nogę twój psychiczny ojciec Patrick zakazał ci na nie wchodzić ani z nich schodzić, uważałam to wtedy za obłęd.. gdybym tylko wiedziała co się stanie.. gdybym tylko wiedziała.. Biegłam nasłuchując twoich chichotów i niestety nie pomyliłam się – byłaś na schodach. Zdążyłam tylko dobiec gdy ty zjeżdżałaś po balustradzie i przechyliłaś się do tyłu i zleciałaś do tyłu.. podbiegłam do barierki schodów i widziałam już cię tylko wystawiającą w moją stronę błagalnie rączki, przekręciłaś się główką do dołu .. ta minuta, w której twój przepiękny dziecięcy śmiech zamienił się w krzyk rozpaczy.. nie zdążyłaś nawet uronić łzy gdy zlatywałaś.. gdy zbiegłam po schodach do twojego rozbitego o posadzkę ciałka na posadzce po twoim zakrwawionym policzku spływała kropla krwi.. wybacz mi Sharlotte, moja siostrzyczko, wybacz ! To wszystko działo się tak szybko...
            Schowałam delikatnie zdjęcie do szkatułki, zamknęłam wieko. Wspomnienia bardzo bolały, nie było dnia, w którym nie myślałabym o nich. Najgorsze były wieczory. Siedząc w pokoju wpatrywałam się w gwiazdy przez okno tak jak to zawsze robiłam z Lucille. Ona zawsze mówiła, że jak się za kimś tęskni i się nie może jakieś osobie powiedzieć czegoś co wywodzi się z naszego serca można usiąść na kamieniu, popatrzeć w gwiazdy i myśląc o tej osobie powiedzieć do gwiazd. Gwiazd już niestety nie było ani nie byłam na żadnym polu z kamieniami, ale i tak usiadłam na poduchach na parapecie, by jak zawsze powiedzieć jej i mamie dobranoc. Moje poliki nieustanie pozostawały mokre od moich łez, a dłonie trzęsły się bez opamiętania. Zamknęłam swoje oczy, położyłam dłonie na sercu i powoli szeptałam łamiącym się głosem:
-Kochana mamo, wiem, że nie ma szans żeby to do ciebie dotarło, ale kocham cię i rozumiem dlaczego tak zrobiłaś, że miałaś jakiś powód i wierzę, że tak naprawdę chociaż trochę kochałaś mnie.. swoje niezwykłe dziecko..
          Co takiego zrobiła moja mama? Sama pewnie bym nie wiedziała, gdyby nie mój kuzyn Charlie i jego rozmowa z moją ciotką, a jego matką Christianą.
        Był to chyba piąty dzień od mojego pojawienia się w tej krainie. Nie wiedziałam wtedy jeszcze do końca jaka jest moja ciocia, a jest okropna , no ale nie o tym mowa. Był poranek, w ciszy jedliśmy śniadanie. W życiu nie widziałam większej ilości potraw na jednym stole. Sałatki, kurczaki, puddingi, kisiele, różnego rodzaju chleby, jajka przyrządzone w każdy możliwy sposób, wędliny, sery, sery pleśniowe, kiełbasy, serdelki, parówki, dżemy malinowe, gruszkowe, śliwkowe, agrestowe, truskawkowe, melonowe, winogronowe, dyniowe, bekon na 20 sposobów, ryby, herbaty, kompoty, kawa... wspominałam już o puddingach ? Reszta z tym. Jestem jedną z nich a patrzyłam na nich jak na odmieńców. Wszyscy mieli po trochu ze wszystkiego na talerzach i objadali się tym jakby nie jedli z pięć miesięcy!
        Czułam się okropnie siedząc obok Margaret.. gdybyście ją zobaczyli to w życiu nie powiedzieli byście, że je jak świnia! Miała kruczoczarne włosy do pasa, bladą, nieskazitelną cerę, różane wykwitne usta, długie rzęsy, szczupłą budowę ciała i bardzo podobała się chłopakom. Inne dzieci Christiany i Harolda Horalów nie odstawały urodą od Margaret. Ester, Karita i Sophie wyglądały niemalże identycznie i pozwolę sobie dodać, że były takimi samymi bezmózgami, no bo jak to się potem okazało, były czworaczkami i miały 15 lat. Siedziały koło siebie wzdłuż szklanego stołu z drewnianymi nogami, a na przeciwko siedział ich jedyny brat Charlie, który według mnie i chyba według wszystkich dziewczyn w Oblendei był zabójczo przystojny. Miał szczupłą, bladą twarz w kształcie serca i taki sam nos jak ja. Włosy na pograniczu krótkich ze średnimi, ułożone zawsze starannie z przedziałkiem na boku, ich niezwykła ciemna barwa szczególnie kłóciła się z bardzo bladą twarzą i najjaśniejszymi oczami jakie tu widziałam. Miał widocznie zarysowane ramiona, które były bardzo szerokie, wręcz nieproporcjonalne, co nadawało mu dodatkowo uroku. Zachwycił mnie jego elegancki język i to, że prawie nic nie mówi... Madie, gdzie twój mózg ? Obok Charliego siedziała z pewnością najsympatyczniejsza i najładniejsza kobieta w tej rodzinie czyli Cassie. Miała łagodny wyraz twarzy i według ciotki Amber wyglądałyśmy bardzo podobnie. Jako jedyna (nie licząc Charliego) zwracając się prosto do mnie mówiła mi dzień dobry, dobry wieczór, smacznego, dziękuję oraz miłych snów czy powodzenia... Cassie jest cudowną osobą i nigdy jej nie zapomnę, ale o niej później. Przejdźmy do jej matki.. ciotka Christiana, ciężko mi to przyznać, też była piękna. Miała śnieżnobiałe zęby, zawsze czerwone, jak krew tych normalnych ludzi, usta. Długie jak Margaret i jej siostry rzęsy pomalowane tuszem i zawsze idealnie wyregulowane brwi poprawione czarną kredką. Moja ciocia była idealnym przykładem na to, że pod piękną szatą niekoniecznie znajdziemy piękne wnętrze.
      Połowę czasu, przez który odbywał się obiad jadłam a następną połowę zastanawiałam się jakim sposobem czworaczki żrąc tyle były nadal piękne i szczuplutkie ? Podczas gdy ja wkładałam łyżkę z płatkami kukurydzianymi do ust one zjadały kiełbasę, gryzły kanapkę z majonezem i dżemem oraz popijały miętową herbatą. Chciało mi się wymiotować więc odstawiłam miskę z płatkami na bok. Pięć minut po tym wszycy już zjedli służba domowa zaczęła zbierać pozostałości po obiedzie, wuj Harold ubierał się do wyjścia, Cassie próbowała skupić się na powtarzaniu notatek na egzamin podczas gdy czworaczki przepychały się przed lustrem z zamiarem „poprawienia” makijażu, a Charlie cicho dyskutował z matką spoglądając na mnie ubierającą buty. Wuj Harold założył beret i z pomocą sługi otworzył drzwi wejściowe, które były na szczęście na tyle szerokie by Margaret, Ester, Karita i Sophie przeszły bez przepychania. Cassie sięgnęła po torbę, nie przerywając czytania zarzucając na siebie bordowy płaszcz ubierała skórzane kozaki do połowy łydki i kierowała się do wyjścia, a Charlie namawiał na coś matkę, która najwidoczniej zmęczona naleganiem Charliego mu uległa. Wszyscy oprócz mnie i Charlie'go wyszli, a Christiana kiwnęła głową słudze by ten zamknął drzwi. Podekscytowany Charlie szybkim krokiem przeszedł przez korytarz do jadalni, a ja ukryłam się we wnęce pomiędzy wielkim skórzanym fotelem a ścianą, skąd miałam świetny widok na nich. Pani domu wyprosiła służące, które sprzątały po posiłku i już bałam się, że jedna ze służących-Carrie domknie drzwi od pomieszczenia gdy ta zachwiała się i zbiła z pięć porcelanowych filiżanek. Ku mojemu zdziwieniu Christiana nie przybiegła i nie skopała jej grożąc utratą posady i potrąceniem z wypłaty, a podbiegła do drzwi i zamknęła je z hukiem.. miałam szczęście, że te drzwi nie były odnawiane przez Pana Laries, w innym razie drzwi były by szczelne i nie słyszałabym tego co mówią. Znalazła się również szpara w drzwiach poprzez którą widziałam całą sytuację odbywającą się za drzwiami jadalnej sali.
Christiana siedziała na krześle przy stole podpierając czoło ręką, a Charlie chodził nerwowo w tą i z powrotem po sali. Siłował się z supłem u swojej długiej czerwonokrwistej szaty, gdy jego matka wstała i złapała go za ramię:
    -  Charlie.. nie wiem czy to jest najlepszy pomysł żebyś wiedział takie rzeczy.. to jedna z naszych rodzinnych tajemnic.. to nie może się wydostać poza ród.. Ród Złotej Krwi.. ja nie mogę... !
    -  Matko, zachowaj spokój!- powiedział łapiąc Christianę za ramiona- mam szesnaście złotych lat z osiemdziesięcioma dniami.. za rok i pięćdziesiąt dni osiągnę pełnię krwi..
Puścił jej ramiona
   -  Nikomu nic nie wyjawię.. matko czy ty mi nie wierzysz? Nie ufasz?- rzekł ze smutkiem w głosie- jestem jedyny.. jedynym następcą.. to mogę być ja! Następca Pealis'a! Założyciela rodu, posiadacza niezwykłego genu.. jestem inny niż wszyscy.. jedyny z rodzeństwa jestem mężczyzną ! Matko moja !
  Christiana odwróciła twarz by ukryć przerażenie, by ukryć to, że wiedziała jaka jest prawda. Usiadła na krześle przy stole i powróciła do początkowej pozy. Charlie usiadł koło niej i wyszeptał:
- To ja ją znalazłem. To ja byłem w lesie gdy ona leżała w wielkim dębie. To ja rozpoznałem znaki na jej bransoletce. To ja ją przyniosłem! Jeżeli ja ją znalazłem chcę wiedzieć jak się tam znalazła... Myślisz matulu, że nie wiem o Lorraine, twojej siostrze?
  Blada twarz Christiany pobladła jeszcze bardziej.
  -  Był ktoś taki..a kogoś takiego nie ma z nami w Oblendeai. Mamo! - złapał rozpaczliwie i stanowczo mamę sa nadgarstek- ja wiążę fakty ! Powiedz mi jak Madie się tam znalazła !
    Zrobiło mi się słabo... jaka Lorraine? Dlaczego o mnie mówili? Christiana spojrzała na Charliego i przełknęła ślinę.
  -  Dobrze..
Charlie poprawił się na krześle z zaciekawieniem i ulgą.
  -  Lorraine to moja.. sio..siotra. To było wiele lat temu, wtedy kiedy ty się urodziłeś i.. Madie. Lorraine jest jej matką, a może była.. nie wiem. Była strasznie towarzyska, miała wielu przyjaciół, uznanie wśród Naszych – zacisnęła mocniej pięść – miała wszystko. Zaszła w ciążę z kimś, tylko ja go znałam.. - zacisnęła jeszcz mocniej pięści i zaczęła szybko i szaleńczo mówić- wszyscy myśleli, że Jolene urodziła się z blond włosami i takimi oczami bo jej ojciec miał blond włosy, a tak naprawdę jest taka bo..
Christina zacięła się, jej oczy otworzyły się nienaturalnie, a Charlie gorączkowo zapytał:
   - Dlaczego jest taka ? Matko no dlaczego? Proszę zwierz się !
Kobieta wstała od stołu. Chwyciła to co miała pod ręką, czyli nóż kuchenny, który rzucony utkwił w portrecie rodzinnym. Zerwała ze stołu obrus zrzucając tym samym talerze i szklanki, które robiły się o podłogę. Padła na podłogę kolanami i dłońmi, z jej rąk zaczęła lać się złota krew. Ze łzami w oczach zaczęła szeptać jak szaleniec, którym była:
  -  Uciekła z nią głupia, do lasu.. widziałam że do lasu.. miałam nadzieję, że rozszarpie je zwierzyna ! Miałam! Nie wiem dlaczego – zawiesiła głos i zaczęła krzyczeć - Jolene przeżyła, gdzie była.. Nie wiem ! Idź już ! Zostaw mnie!
Charlie patrzał na nią zszokowany i odsunięty przez służbę wybiegł z jadalni, a następnie z domu.
Przez następne pięć minut wpatrywałam się jak służące z wujkiem trzymają ją by się uspokoiła, jednak postanowiłam pójść w ślady Charliego i wybiec jak najszybciej z tego dziwnego domu.
         Otworzyłam oczy, za oknem było już jaśniej. Spojrzałam na zegar. Została mi godzina do pobudki. Przekręciłam się plecami do okna i oparłam się o nie zamykając oczy i uśmiechnęłam się. Nie wiem czemu. Czułam jakby we mnie jeszcze coś żyło. Nieotwierając oczu rozebrałam się do bielizny. W tym samym stanie dotarłam do łóżka. Rzuciłam się na nie jak nieżywa. Nie długo po tym zasnęłam. Chyba.

piątek, 2 stycznia 2015

"Madie Jolene Meiden" Rozdział V

Madie V
Mike
    Patrzyłem jak Madie lekko utykając idzie. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego. Dopiero co płakała błagając o pomoc, a chwilę po tym zaczęła uciekać. Nie mogłem jej tak zostawić, nawet jeżeli nie chciała, lub nie lubiła mojego towarzystwa nie mogłem. Nie mogła stać jej się krzywda. Ruszyłem w jej stronę gdy poczułem ścisk ręki Johna na moim nadgarstku, który sprawił, że moje ciało cofnęło się do tyłu. Pytająco spojrzałem na Johna. Miał przerażony wzrok, ścisnął bardziej dłoń.
- Mike, nie idź za nią- szepnął.
Szarpnąłem ręką lecz John nie miał zamiaru uwolnić nadgarstka ze ścisku. Spojrzałem niepokojąco na oddalającą się Madie i stanowczo rzekłem:
- John puść mnie.
- Mike.. zrozum mnie..
- John puść mnie !
Krzyknąłem tak, że pewnie obudziłem cały las. Puścił. Zdenerwowany zacząłem szybko iść. Miałem gdzieś Johna i jego teorie na temat Madie. Już dawno zauważyłem, że jej nie lubi i zawsze mnie od niej odciąga ale nie dzisiaj. Nie teraz. Nie w tym momencie. Musiałem iść za nią i dopilnować by bezpiecznie trafiła do domu. Gdyby nie my pewnie wisiałaby tam i nikt by jej nie pomógł. Ktoś usłyszałby jej wołanie o pomoc, ale zamiast sprawdzić powiązałby to z legendą o Sanfiqe, a ona umarła by rozszarpana przez Kohentie. Ta straszna przerośnięta zwierzyna leśna zabiła by moją.. ah odpukać!.. zabiłaby tą niewinną, piękną istotę. A jak gdzieś ona tu jednak była? I od początku na nią czychała ? Nie... to nie może być prawda.. dawno by się na nas rzuciła.. ale moje gdybanie nie mogło przesądzać o jej życiu. Nigdy. Dlatego nie zwalniałem kroku.
    Jej kręcone włosy do pasa tańczyły z wiatrem, a ona sama przytrzymywała sukienkę, a właściwie jej resztki, by nie odkrywać swojej cudownej pupy, zarysowanych bioder oraz piersi. Były one wtedy rozmiaru C.. albo pomiędzy B a C sam już nie wiem. Nie wątpliwe była jednak cudowna. W moim krótkim, bo zaledwie 18 letnim życiu, nie widziałem piękniejszej kobiety od niej. No ale odbiegłem od tematu.
    Madie chyba nie wiedziała, że za nią idę. Byliśmy już bardzo blisko wejścia do Saliguedy. W pewnym momencie jednak stanęła. Stanąłem wtedy i ja. Spojrzała w moją stronę. Mało się nie przewróciła i zaczęła szybko iść. Zacząłem biec.
-Madie! To ja, Mike , nie bój się !- krzyknąłem .
Madie zaczepiła o korzeń i upadła boleśnie na ziemię. Gdy wstała przetarła dłońmi o kolana i uniosła dłonie na wysokość piersi. Przetarła coś mieniącego się między kciukiem a palcem wskazującym i środkowym. Spojrzała jeszcze raz w moją stronę i zaczęła bardzo szybko biec. I ja przyspieszyłem.
- Madie, ja chcę ci tylko pomóc ! Proszę stój ! - krzyczałem błagalnie.
Madie nie zwalniała. Biegła ta szybko, że ja , reprezentant szkoły w biegach, nie mogłem jej dogonić. Miała jeszcze na sobie szpilki. Mężczyźni, zbyt rzadko doceniamy kobiety, oj zbyt rzadko! Minęliśmy bramę z napisem „Pegqaroe mve Saligueda”, która ma oznaczać coś w stylu „Brama Saliguedzka” ( do dzisiaj nie łapię się w starodawnym
Oblendeaiskim), gdy „pościg” przeniósł się na kamienną ulicę. Myślałem, że już nie dam rady, gdy Madie zachwiała się i kucnęła. Wyraźnie było widać, że się z czymś siłuje. Gdy byłem już blisko niej zwolniłem krok. Po cichu podszedłem i ukucnąłem. Na ulicy nie świeciły się już lampy, jedynym oświetleniem stał się półmrok poranka i znikający już księżyc. Madie zaciągnęła pośpiesznie sukienkę na kolana i spojrzała na mnie swoimi pięknymi i roztrzęsionymi oczami. Uspakajając oddech spuściła głowę. W dziurze od klapy studzienki utknął jej but. Madie oparła się dwoma rękami o kamienie na drodze, a ja złapałem za złoto-czarną szpilkę i mocno pociągnąłem do góry. Zatopiła swój wzrok w moich oczach na dobre kilka sekund. Kiedy się ocknęła pobiegła szybko do stojącego na przeciwko mnie bogato zdobionego domu z numerem 1.
Madie
    Wbiegłam po kamiennych schodkach do domu. Zostawiając za sobą nie zamkniętą bramkę, a w dodatku „weszłam” przez drzwi wejściowe. Świetnie. Jestem bardzo inteligentna. Wymknęłam się z domu na imprezę, która zakończyła się interwencją policji, szwendałam się po lesie robiąc sobie krzywdę i niszcząc ulubione ubrania, a do tego nie zamknęłam bramki za sobą i weszłam przez główne drzwi zupełnie nie myślac. Wpadłam w naprawdę poważne kłopoty. Przełknęłam ślinę i starałam się jak najciszej zamknąć wielkie mosiężne drzwi. Osunęłam się na podłogę przy drzwiach. Uf.. nie było nic słychać oprócz okropnego chrapania wujka Harolda. W takiej sytuacji zwykle przyciskałam do uszu poduszkę aby nic nie słyszeć ale wtedy odetchnęłam z ulgą. Nagle wstrząsnęło mną od niepokoju.. boże.. a jak on widział moją krew? A jakby komuś powiedział.. już zupełnie bym miała pozamniatane.. zabili by mnie ! Spalili na stosie ! Cała moja rodzina.. nie! To nie możliwe.. przecież zakrywałam, On nie mógł widzieć.. ten.. Mike? Uspokoiłam się. Sama nie wiem czemu, złapałam delikatnie marmurowy parapet okna przy drzwiach i uklękłam na schodach. Powoli wysunęłam głowę do góry tak, aby móc dyskretnie zobaczyć czy ON tam nadal jest. Ujrzałam go przy płocie ze skierowaną głową w moją stronę i natychmiast schowałam głowę. To było straszne.. on tam stał. Mike tam stał. Nie mogłam sama siebie zrozumieć. Dziewczyno, jesteś na tyle mądra, że powinnaś była od razu iść na górę do swojego pokoju, a nie jak jakaś głupia klęczeć na schodach i podglądać ludzi na ulicy! Wzdrygnęłam. Zdecydowałam się jeszcze raz spojrzeć, tak tylko na chwilę.. zobaczyć czy jeszcze tam stoi. Był. Ale już nie sam i nie przy moim płocie. John podjechał swoim czerwonym motorkiem, którym tak się ekscytował ostatnio i wkurzony gadał coś do Mike'a. Po chwili odjechali z piskiem.
    Chwilę jeszcze wpatrywałam się w miejsce gdzie stał mój... Jezu.. chłopak , który uratował moją szpilkę. Nie trwało to długo. Spojrzałam na moje kolana. Były już całkiem wygojone, nie było śladu po ranie.. ah ta przeklęta Złota krew.. Wstałam i zaczęłam iść po schodach w stronę 1 piętra. Ku mojemu zdziwieniu w przedpokoju pod schodami zapaliło się światło. Przy schodach stała rozczochrana Christiana w swoim ochydnym kwiecistym szlafroku z poliestru. Przyłożyłam z zaskoczenia dłoń do ust. Christiana uśmiechnęła się mieszając swój pocieszny z ironicznym wyrazem twarzy
- No przecież- zaśmiała się kpiąco- jak mogłabym się tego nie spodziewać.. wychodzisz w środku nocy, trzaskasz drzwiami i robisz ze mnie idiotkę? Hah.. chcesz oszukać Christianę Horal ? Nie przesadzasz przypadkiem ze swobodą, Jolene ?
- Madie..
- Ah, przepraszam cię bardzo, droga Madie!- zakpiła
Zmieszałam się.
- Zupełnie jak matka.. zupełnie jak matka.. - czknęła – Hah ! Nie masz za grosz szacunku ! Ta moja siosta... ta Lorraine.. - wykrzykiwała -ta ochydna, ta okropna suka, dziw..
Przerwałam jej
- Nie masz prawa jej tak nazywać! -krzyknęłam z żalem i rozpaczą w głosie
- Co ty powiedziałaś ? - szepnęła z wrogością i zbliżyła się- NIE MASZ PRAWA MÓWIĆ MI DO CZEGO NIE MAM PRAWA !

Krzyknęła tak, że kryształy, z których zrobiony był żyrandol w salonie zagrał hymn mojej dawnej szkoły. Łzy napłynęły mi do oczu. Christiana zaczęła wyć tak, że w jednym portrecie na ścianie pękła szybka ochronna. Wujek Harold biegł przerażony i o mało nie wywrócił się na schodach, tłusty biedaczek. Nie wolniej biegłam i ja. Zatrzymałam się przed moimi drzwiami, chwyciłam klamkę i przyłożyłam czoło do drzwi głęboko oddychając. Łzy napłynęły mi do oczu na nowo. Przekręciłam klamkę i zamknęłam cicho drzwi. Czując przypływ zdenerwowania poczułam, że muszę zrzucić coś, rozbić, cokolwiek. Padło na drewnianą szkatułkę z wydrapaną różą stojącą na komodzie. Machnęłam ręką z całej siły a szkatułka upadła ujawniając wszystko co w niej się znajdowało. Zaczęłam zbierać monety, kolczyki, spinki i inne rzeczy gdy pod moją ręką znalazło się zdjęcie. Na zdjęciu była mała słodka dziewczynka, z kręconymi do połowy uda włosami, błękitnymi Horalowskimi oczkami i pięknym szerokim uśmiechem. Łza stuknęła o twarzyczkę dziewczynki. Dopiero teraz mogłam dać upust moim łzom.. Moja słodka Sharlotte, tak bardzo tego nie chciałam !

sobota, 20 grudnia 2014

Informacja

V rozdział "Madie Jolene Meiden" przewidywany na tę niedzielę (jutro) lub na poniedziałek 
Bądźcie czujni. Wolicie kwestie Madie czy Mike'a? 

wtorek, 16 grudnia 2014

"Madie Jolene Meiden" - Rozdział IV

Madie IV
Mike
          Cały czas biegłem, a ona cały czas krzyczała. Z każdym metrem pokonywanym przeze mnie słyszałem ją głośniej, lecz coraz rzadziej. To było przerażające, nie wiedziałem co się dzieje i z chwili na chwilę miałem więcej czarnych myśli, byłem coraz bliżej Dzielnicy Sanfiqe. No ale skąd o tym wiedziałem? Już od paru minut śniegu było mniej, a drzew więcej. Dlatego. Sanfiqe jest inne od reszty dzielnic, różni się niemalże wszystkim. A jak .. ona tam weszła? Nigdy bym jej nie znalazł, słyszałbym tylko jej głos i nic więcej.. Wyczerpany i zdruzgotany tą myślą rzuciłem się na kolana. Splotłem dłonie na głowie i zamknąłem oczy. Boże.. jej nie może stać się krzywda! Nie wybaczyłbym sobie tego.. to wszystko przeze mnie. To wszystko moja wina.
         Powiał wiatr, a na moją twarz opadły włosy, lecz nie moje. Nie otwierając oczu powoli osuwałem moje dłonie wzdłuż ciała ku dolnej jego części. Odsunąłem się do tyłu i chwyciłem po zapałki. Oczywiście nie miałem zamiaru teraz palić, przesunąłem zapałką o draskę . I wtedy przeżyłem mój pierwszy mini zawał. Przede mną na sznurze wisiała Madie. Wstałem. Patrzała na mnie z przerażonymi oczami, uchylonymi ustami i rozmazanym makijażem. Jaka ona była piękna! Nie mogłem się napatrzeć. Wyglądała szczególnie ładnie i jestem pewien, że bez tego wszystkiego byłaby jeszcze ładniejsza. Jej pełne usta, drapieżne oczy i zgrabny nosek.. tak marzyłem żeby stać z nią twarzą w twarz. Straciłem kontrolę. Zrobiłem krok do przodu tak, że jej usta były przed moimi, zamknąłem oczy i.. John położył dłoń na moim barku po czym pociągnął mnie do tyłu. Zaśmiał się szczerym, ale pocieszającym głosem:
 - A no popatrz.. nic jej nie jest. Niesamowite, ktoś w końcu wpadł w moją pułapkę, że też ona tu jeszcze jest! To było w 1980, miałem wtedy siedem lat...

John jak to John zaczął coś opowiadać. Widząc skwaszoną minę Madie i rozentuzjazmowanie Johna, który szybko najpewniej nie skończyłby opowiadać, kaszlnąłem:
- John..
Ten jednak jak zwykle zresztą w takich sytuacjach nie zareagował. Z każdą sekundą wyraz twarzy Madie zmieniał się. W jej oczach widziałem tysiące emocji., to było takie niesamowite! Powtórzyłem już nieco bardziej stanowczym tonem:
-John..
- JOHN !
Właśnie zapalałem ostatnią z zapałek. Madie swoim krzykiem tak mnie przestraszyła, że zapałka wypadła mi z ręki. Zapadła cisza. Po chwili odezwała się anielsko spokojnym głosem
- Dziękuję. Czy ktoś mi pomoże?
Podszedłem do niej. Za mną John. Złapałem się za głowę. Jak mieliśmy ją stamtąd ściągnąć? Wisiała jakoś 185 cm nad ziemią,a sznur przywiązany był do jej kostki. Byliśmy zdani na pomysłowość Johna, a ten nie zawiódł. Szybko przedstawił plan działania :

- Hm.. Więc tak. Ty stoisz. Ja wespnę się po niej i natnę sznur. Zawisnę na sznurze, a część do której ona jest przyczepiona zleci razem z nią. Złapiesz Madie i spadamy.
   Sięgnął po nóż do kieszeni kurtki i od razu przystąpił do działania. John wspiął się po Madie, przeciął sznur, a ja złapałem. Łatwizna. Złotowłosa piękność opuściła moje ramiona i zaczęła iść w stronę Dzielnicy Saligueda. Zdezorientowany John zapytał mnie szeptem :
 - Mike, gdzie ona idze?
- Przed siebie. - odpowiedziała Madie.