Rozdział I
Połowa Grudnia. Rok 1990, Madie
Padał śnieg, był okropny
mróz, a w tle pobrzękiwały dzwoneczki przy drzwiach domów.
Typowe
klimaty Oblendeai. Jak nie padał śnieg to był upał. Masakra, to
tak jakby dwie pory roku! Jak tylko skończę osiemnaście lat wyjadę
stąd. Nowy Jork, Londyn... to jest coś. Ludzie chodzą do kin,
centrum handlowych.. a ja? A ja w Oblendeai mogę tylko pójść do
kawiarni dla staruszków czy kiepskiego teatru pana Brandon.
Do tego wracałam sama do domu
ubrana tak skąpo, że jakby mnie ktoś zobaczył spaliłabym się ze
wstydu.. I jeszcze do tego byłam wściekła. Tak wściekła, że
radziłabym temu komuś uciekać bo rozszarpałabym go ze złości na
strzępy. A to wszystko przez imprezę u Kariny i jej niezbyt
rozwiniętą umiejętność jakby to powiedzieć.. unikania kłopotów.
Dlaczego zawsze jak organizowała jakąś imprezę kończyło się to
aferą? Reszta z tym.
Była to impreza urodzinowa. W jej
domu, a dokładniej domu jej rodziców, których nie było w domu.
Pełno alkoholu, dobrego jedzenia, fajnych ludzi i marihuany. Ogród
z wielkim basenem, a do tego ganek z parkietem i muzyką rodem z
„Projektu X”. Idealne okoliczności do imprezy? Pewnie by takie
były gdyby Karina nie pomyliła planów swoich rodziców i mieli by
wrócić faktycznie o 2 ale w południe następnego dnia, a nie o 2 w
nocy jak to się stało. Impreza ucichła, wszyscy się zlecieli na
toast i w momencie unoszenia kieliszków, kiedy w końcu nastała
cisza, wszyscy usłyszeli śpiew policyjnych syren. Nawet rozśmieszył
mnie przestraszony wzrok niektórych osób, ale nie było mi już tak
wesoło jak razem z tłumem przepchnięto mnie w ciemną część
ogrodu. Po chwili jednak ogarnęłam sytuację i zrozumiałam, że
trzeba uciekać przed policją, która zaczęłą podążać za nami.
Ludzie rozbiegli się więc zostałam sama jak palec. Niedługo
rozważając wbiegłam do powojennego tunelu. Biegłam i biegłam
potykając się co rusz o odłamki betonu rozwaliłam sobie kolano,
łokcie i porwałam moją pudrowo-różową, ulubioną sukienkę.
Traciłam właśnie nadzieje, że policjant biegnący za mną skręci
w inne odgałęzienie tunelu wybiegłam cudownym sposobem z tunelu do
parku. 15 minut w jakie pokonywałam drogę z parku na ulice
Oblendeai teraz wydawały mi się godziną. Kiedy wybiegłam na
pierwszą ulicę spojrzałam za siebie. Policjanta nie było, a ja
osunęłam się na ziemię. Uspakajałam oddech na przemian z dzikim
śmiechem, bo ta cała ucieczka i impreza wydały mi się idiotyczne.
Następnie wydałam z siebie ryk gniewu. Z pewnością widząc mnie
wtedy uznałbyś, że jestem psychiczna. Taka już jestem. Taka już
jest Madie Jolene Meiden. Zatrzęsłam się. Przetarłam dłońmi
jedwabistą skórę mojej twarzy i wstałam z ośnieżonego chodnika.
To właśnie wzbudziło we mnie
tak wielką wściekłość. Ani na chwilę nie zatrzymałam się w
drodze do domu. Zastanawiałam się tylko czy Christiana jest w domu.
Tak bardzo jej nie nawidzę.
No, no ciekawie sie zaczyna :)
OdpowiedzUsuńMasz talent.