Rozdział III
Madie
Droga z parku do domu, w którym
wtedy mieszkałam była bardzo długa. Pisałam, że jak wracałam
byłam wściekła, ale wraz z upływającymi minutami wściekłość
zamieniała się w smutek, opadły mi emocje i znowu byłam w realnym
świecie. Szłam środkiem drogi. Zwolniłam krok, który był do
tamtego momentu bardzo szybki. Dopiero wtedy odczułam ból, jaki
powinnam odczuć w chwili zdzierania skóry, tłuczenia sobie rąk o
beton (czy co to tam było)w tunelu. Nie wspominając o złamanym
palcu, ale mniejsza z tym. Zatrzymałam się na środku skrzyżowania
i kucnęłam krzyżując ręce na piersiach. To wszystko na raz tak
bardzo bolało, że wbiłam sobie paznokcie w ramiona. Szybko jednak
wstałam i poszłam dalej przed siebie. Na dzień dzisiejszy nie wiem
czy z powodu tego, że było strasznie zimno czy dlatego, że
uświadomiłam sobie, że jestem w nie tej dzielnicy miasta co
powinnam.
Nikt o niej nie mówił,
bynajmniej nie głośno. Nazywano ją dzielnicą zmarłych, ale dla
mnie to była po prostu Dzielnica Sanfiqe, tak jak mówiły książki.
Nic więcej. Może dlatego, że mieszkałam tam dopiero rok? Nie
wiem. Wiedziałam tyle, że nikt tu się nie zapuszczał. To dziwne,
całe Oblendeai było zasiedlone oprócz Sanfiqe. Zupełnie tego nie
rozumiałam. Inne dzielnice były zamieszkałe. Mieszkańcy z
Dzielnic Quentigel, Quesgiel i Saligueda, w której mieszkałam,
unikali rozmów na ten temat, a ja z resztą ich nigdy nie
rozpoczynałam ani nie rozmyślałam nad tym.
Do momentu kiedy kucnęłam na
skrzyżowaniu było całkiem normalnie. Mijałam piękne stare domy z
cegły, sklepiki a poza tym żadnej żywej duszy. Po tym jak wstałam
szłam jeszcze chwilę i zobaczyłam kierunkowskaz z dziwnym napisem.
Zupełnie nie wiedziałam co oznacza i pewnie szłabym gdzieś dalej
gdyby nie wydrapane drzewko. Skręciłam w lewą stronę tak jak
wskazywał znak i ujrzałam coś naprawdę dziwnego oraz odmiennego
niż dotychczas. Okna w domach były powybijane, wszędzie leżały
kawałki szkła. Wszystko wyglądało tak jakby przeszedł tam
huragan. Wszędzie fruwały gazety, na ulicach leżały porozrzucane
i podarte ubrania, pobite serwisy naczyń, porozrywane kanapy i inne
domowe meble. Wydało mi się to dziwne, przyśpieszyłam krok. Nagle
wdepłam w coś mokrego i ciecz rozbryzła się mi na nogi. Zwróciłam
na nie wzrok i wydałam z siebie okrzyk strachu. Widok krwi przeraził
mnie ale to co zobaczyłam gdy powoli obróciłam się do tyłu
przerósł moje wszelkie oczekiwania. W odległości 4 metrów stała
za mną czarna postać. Momentami widziałam jej zarysy sylwetki,a
jej oczy były głębokie niczym studnia. Wyglądała jakby prosiła
mnie o pomoc. Powolnie poruszała rękoma i delikatnie poruszając
wargami wydawała z siebie głuche zdania. Byłam cała zdrętwiała
ze strachu i w głębi błagałam Boga aby był to tylko sen.
Niestety „ona” z sekundy na sekundę była bliżej mnie.
Intuicyjnie zaczęłam się cofać. Z każdym moim kolejnym krokiem,
zmieniała wyraz twarzy. Pochylała głowę raz do lewego ramienia a
raz do prawego, robiąc przeróżne grymasy na twarzy. W pewnym
momencie wysunęła głowę do przodu z niedowierzaniem wymalowanym
na twarzy. Zmarszczyła czoło i zaczęła bezszelestnie krzyczeć
wymachując rękoma w moją stronę. Miałam już tego dosyć.
Zaczęłam biec. Biegłam tak szybko jak mogłam, a tajemnicza postać
nadal była blisko mnie. Wkrótce była tak blisko, że czułam jej
dotyk. Rozpłakałam się i wołałam pomoc. Nie miałam już sił
biec. Czułam, jak moje nogi zwalniają i brakuje mi powietrza. Nagle
wywróciłam się, a kiedy chciałam ponownie wstać poczułam coś
co obejmowało moją kostkę. Pociągnęło mnie do góry. Myślałam,
że to już koniec. Poczułam obcy oddech na mojej twarzy i męskie
perfumy. Otworzyłam oczy i nie mogłam im uwierzyć. To był Mike.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz