wtorek, 16 grudnia 2014

"Madie Jolene Meiden" - Rozdział IV

Madie IV
Mike
          Cały czas biegłem, a ona cały czas krzyczała. Z każdym metrem pokonywanym przeze mnie słyszałem ją głośniej, lecz coraz rzadziej. To było przerażające, nie wiedziałem co się dzieje i z chwili na chwilę miałem więcej czarnych myśli, byłem coraz bliżej Dzielnicy Sanfiqe. No ale skąd o tym wiedziałem? Już od paru minut śniegu było mniej, a drzew więcej. Dlatego. Sanfiqe jest inne od reszty dzielnic, różni się niemalże wszystkim. A jak .. ona tam weszła? Nigdy bym jej nie znalazł, słyszałbym tylko jej głos i nic więcej.. Wyczerpany i zdruzgotany tą myślą rzuciłem się na kolana. Splotłem dłonie na głowie i zamknąłem oczy. Boże.. jej nie może stać się krzywda! Nie wybaczyłbym sobie tego.. to wszystko przeze mnie. To wszystko moja wina.
         Powiał wiatr, a na moją twarz opadły włosy, lecz nie moje. Nie otwierając oczu powoli osuwałem moje dłonie wzdłuż ciała ku dolnej jego części. Odsunąłem się do tyłu i chwyciłem po zapałki. Oczywiście nie miałem zamiaru teraz palić, przesunąłem zapałką o draskę . I wtedy przeżyłem mój pierwszy mini zawał. Przede mną na sznurze wisiała Madie. Wstałem. Patrzała na mnie z przerażonymi oczami, uchylonymi ustami i rozmazanym makijażem. Jaka ona była piękna! Nie mogłem się napatrzeć. Wyglądała szczególnie ładnie i jestem pewien, że bez tego wszystkiego byłaby jeszcze ładniejsza. Jej pełne usta, drapieżne oczy i zgrabny nosek.. tak marzyłem żeby stać z nią twarzą w twarz. Straciłem kontrolę. Zrobiłem krok do przodu tak, że jej usta były przed moimi, zamknąłem oczy i.. John położył dłoń na moim barku po czym pociągnął mnie do tyłu. Zaśmiał się szczerym, ale pocieszającym głosem:
 - A no popatrz.. nic jej nie jest. Niesamowite, ktoś w końcu wpadł w moją pułapkę, że też ona tu jeszcze jest! To było w 1980, miałem wtedy siedem lat...

John jak to John zaczął coś opowiadać. Widząc skwaszoną minę Madie i rozentuzjazmowanie Johna, który szybko najpewniej nie skończyłby opowiadać, kaszlnąłem:
- John..
Ten jednak jak zwykle zresztą w takich sytuacjach nie zareagował. Z każdą sekundą wyraz twarzy Madie zmieniał się. W jej oczach widziałem tysiące emocji., to było takie niesamowite! Powtórzyłem już nieco bardziej stanowczym tonem:
-John..
- JOHN !
Właśnie zapalałem ostatnią z zapałek. Madie swoim krzykiem tak mnie przestraszyła, że zapałka wypadła mi z ręki. Zapadła cisza. Po chwili odezwała się anielsko spokojnym głosem
- Dziękuję. Czy ktoś mi pomoże?
Podszedłem do niej. Za mną John. Złapałem się za głowę. Jak mieliśmy ją stamtąd ściągnąć? Wisiała jakoś 185 cm nad ziemią,a sznur przywiązany był do jej kostki. Byliśmy zdani na pomysłowość Johna, a ten nie zawiódł. Szybko przedstawił plan działania :

- Hm.. Więc tak. Ty stoisz. Ja wespnę się po niej i natnę sznur. Zawisnę na sznurze, a część do której ona jest przyczepiona zleci razem z nią. Złapiesz Madie i spadamy.
   Sięgnął po nóż do kieszeni kurtki i od razu przystąpił do działania. John wspiął się po Madie, przeciął sznur, a ja złapałem. Łatwizna. Złotowłosa piękność opuściła moje ramiona i zaczęła iść w stronę Dzielnicy Saligueda. Zdezorientowany John zapytał mnie szeptem :
 - Mike, gdzie ona idze?
- Przed siebie. - odpowiedziała Madie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz