Madie IV
Mike
Cały czas
biegłem, a ona cały czas krzyczała. Z każdym metrem pokonywanym
przeze mnie słyszałem ją głośniej, lecz coraz rzadziej. To było
przerażające, nie wiedziałem co się dzieje i z chwili na chwilę
miałem więcej czarnych myśli, byłem coraz bliżej Dzielnicy
Sanfiqe. No ale skąd o tym wiedziałem? Już od paru minut śniegu
było mniej, a drzew więcej. Dlatego. Sanfiqe jest inne od reszty
dzielnic, różni się niemalże wszystkim. A jak .. ona tam weszła?
Nigdy bym jej nie znalazł, słyszałbym tylko jej głos i nic
więcej.. Wyczerpany i zdruzgotany tą myślą rzuciłem się na
kolana. Splotłem dłonie na głowie i zamknąłem oczy. Boże.. jej
nie może stać się krzywda! Nie wybaczyłbym sobie tego.. to
wszystko przeze mnie. To wszystko moja wina.
Powiał wiatr, a
na moją twarz opadły włosy, lecz nie moje. Nie otwierając oczu
powoli osuwałem moje dłonie wzdłuż ciała ku dolnej jego części.
Odsunąłem się do tyłu i chwyciłem po zapałki. Oczywiście nie
miałem zamiaru teraz palić, przesunąłem zapałką o draskę . I
wtedy przeżyłem mój pierwszy mini zawał. Przede mną na sznurze
wisiała Madie. Wstałem. Patrzała na mnie z przerażonymi oczami,
uchylonymi ustami i rozmazanym makijażem. Jaka ona była piękna!
Nie mogłem się napatrzeć. Wyglądała szczególnie ładnie i
jestem pewien, że bez tego wszystkiego byłaby jeszcze ładniejsza.
Jej pełne usta, drapieżne oczy i zgrabny nosek.. tak marzyłem żeby
stać z nią twarzą w twarz. Straciłem kontrolę. Zrobiłem krok do
przodu tak, że jej usta były przed moimi, zamknąłem oczy i.. John
położył dłoń na moim barku po czym pociągnął mnie do tyłu.
Zaśmiał się szczerym, ale pocieszającym głosem:
- A no popatrz.. nic
jej nie jest. Niesamowite, ktoś w końcu wpadł w moją pułapkę,
że też ona tu jeszcze jest! To było w 1980, miałem wtedy siedem
lat...
John jak to John zaczął
coś opowiadać. Widząc skwaszoną minę Madie i rozentuzjazmowanie
Johna, który szybko najpewniej nie skończyłby opowiadać,
kaszlnąłem:
- John..
Ten jednak jak zwykle
zresztą w takich sytuacjach nie zareagował. Z każdą sekundą
wyraz twarzy Madie zmieniał się. W jej oczach widziałem tysiące
emocji., to było takie niesamowite! Powtórzyłem już nieco
bardziej stanowczym tonem:
-John..
- JOHN !
Właśnie zapalałem
ostatnią z zapałek. Madie swoim krzykiem tak mnie przestraszyła,
że zapałka wypadła mi z ręki. Zapadła cisza. Po chwili odezwała
się anielsko spokojnym głosem
- Dziękuję. Czy ktoś
mi pomoże?
Podszedłem do niej. Za
mną John. Złapałem się za głowę. Jak mieliśmy ją stamtąd
ściągnąć? Wisiała jakoś 185 cm nad ziemią,a sznur przywiązany
był do jej kostki. Byliśmy zdani na pomysłowość Johna, a ten nie
zawiódł. Szybko przedstawił plan działania :
- Hm.. Więc tak. Ty
stoisz. Ja wespnę się po niej i natnę sznur. Zawisnę na sznurze,
a część do której ona jest przyczepiona zleci razem z nią.
Złapiesz Madie i spadamy.
Sięgnął po nóż do
kieszeni kurtki i od razu przystąpił do działania. John wspiął
się po Madie, przeciął sznur, a ja złapałem. Łatwizna.
Złotowłosa piękność opuściła moje ramiona i zaczęła iść w
stronę Dzielnicy Saligueda. Zdezorientowany John zapytał mnie
szeptem :
- Mike, gdzie ona idze?
- Przed siebie. -
odpowiedziała Madie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz