piątek, 2 stycznia 2015

"Madie Jolene Meiden" Rozdział V

Madie V
Mike
    Patrzyłem jak Madie lekko utykając idzie. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego. Dopiero co płakała błagając o pomoc, a chwilę po tym zaczęła uciekać. Nie mogłem jej tak zostawić, nawet jeżeli nie chciała, lub nie lubiła mojego towarzystwa nie mogłem. Nie mogła stać jej się krzywda. Ruszyłem w jej stronę gdy poczułem ścisk ręki Johna na moim nadgarstku, który sprawił, że moje ciało cofnęło się do tyłu. Pytająco spojrzałem na Johna. Miał przerażony wzrok, ścisnął bardziej dłoń.
- Mike, nie idź za nią- szepnął.
Szarpnąłem ręką lecz John nie miał zamiaru uwolnić nadgarstka ze ścisku. Spojrzałem niepokojąco na oddalającą się Madie i stanowczo rzekłem:
- John puść mnie.
- Mike.. zrozum mnie..
- John puść mnie !
Krzyknąłem tak, że pewnie obudziłem cały las. Puścił. Zdenerwowany zacząłem szybko iść. Miałem gdzieś Johna i jego teorie na temat Madie. Już dawno zauważyłem, że jej nie lubi i zawsze mnie od niej odciąga ale nie dzisiaj. Nie teraz. Nie w tym momencie. Musiałem iść za nią i dopilnować by bezpiecznie trafiła do domu. Gdyby nie my pewnie wisiałaby tam i nikt by jej nie pomógł. Ktoś usłyszałby jej wołanie o pomoc, ale zamiast sprawdzić powiązałby to z legendą o Sanfiqe, a ona umarła by rozszarpana przez Kohentie. Ta straszna przerośnięta zwierzyna leśna zabiła by moją.. ah odpukać!.. zabiłaby tą niewinną, piękną istotę. A jak gdzieś ona tu jednak była? I od początku na nią czychała ? Nie... to nie może być prawda.. dawno by się na nas rzuciła.. ale moje gdybanie nie mogło przesądzać o jej życiu. Nigdy. Dlatego nie zwalniałem kroku.
    Jej kręcone włosy do pasa tańczyły z wiatrem, a ona sama przytrzymywała sukienkę, a właściwie jej resztki, by nie odkrywać swojej cudownej pupy, zarysowanych bioder oraz piersi. Były one wtedy rozmiaru C.. albo pomiędzy B a C sam już nie wiem. Nie wątpliwe była jednak cudowna. W moim krótkim, bo zaledwie 18 letnim życiu, nie widziałem piękniejszej kobiety od niej. No ale odbiegłem od tematu.
    Madie chyba nie wiedziała, że za nią idę. Byliśmy już bardzo blisko wejścia do Saliguedy. W pewnym momencie jednak stanęła. Stanąłem wtedy i ja. Spojrzała w moją stronę. Mało się nie przewróciła i zaczęła szybko iść. Zacząłem biec.
-Madie! To ja, Mike , nie bój się !- krzyknąłem .
Madie zaczepiła o korzeń i upadła boleśnie na ziemię. Gdy wstała przetarła dłońmi o kolana i uniosła dłonie na wysokość piersi. Przetarła coś mieniącego się między kciukiem a palcem wskazującym i środkowym. Spojrzała jeszcze raz w moją stronę i zaczęła bardzo szybko biec. I ja przyspieszyłem.
- Madie, ja chcę ci tylko pomóc ! Proszę stój ! - krzyczałem błagalnie.
Madie nie zwalniała. Biegła ta szybko, że ja , reprezentant szkoły w biegach, nie mogłem jej dogonić. Miała jeszcze na sobie szpilki. Mężczyźni, zbyt rzadko doceniamy kobiety, oj zbyt rzadko! Minęliśmy bramę z napisem „Pegqaroe mve Saligueda”, która ma oznaczać coś w stylu „Brama Saliguedzka” ( do dzisiaj nie łapię się w starodawnym
Oblendeaiskim), gdy „pościg” przeniósł się na kamienną ulicę. Myślałem, że już nie dam rady, gdy Madie zachwiała się i kucnęła. Wyraźnie było widać, że się z czymś siłuje. Gdy byłem już blisko niej zwolniłem krok. Po cichu podszedłem i ukucnąłem. Na ulicy nie świeciły się już lampy, jedynym oświetleniem stał się półmrok poranka i znikający już księżyc. Madie zaciągnęła pośpiesznie sukienkę na kolana i spojrzała na mnie swoimi pięknymi i roztrzęsionymi oczami. Uspakajając oddech spuściła głowę. W dziurze od klapy studzienki utknął jej but. Madie oparła się dwoma rękami o kamienie na drodze, a ja złapałem za złoto-czarną szpilkę i mocno pociągnąłem do góry. Zatopiła swój wzrok w moich oczach na dobre kilka sekund. Kiedy się ocknęła pobiegła szybko do stojącego na przeciwko mnie bogato zdobionego domu z numerem 1.
Madie
    Wbiegłam po kamiennych schodkach do domu. Zostawiając za sobą nie zamkniętą bramkę, a w dodatku „weszłam” przez drzwi wejściowe. Świetnie. Jestem bardzo inteligentna. Wymknęłam się z domu na imprezę, która zakończyła się interwencją policji, szwendałam się po lesie robiąc sobie krzywdę i niszcząc ulubione ubrania, a do tego nie zamknęłam bramki za sobą i weszłam przez główne drzwi zupełnie nie myślac. Wpadłam w naprawdę poważne kłopoty. Przełknęłam ślinę i starałam się jak najciszej zamknąć wielkie mosiężne drzwi. Osunęłam się na podłogę przy drzwiach. Uf.. nie było nic słychać oprócz okropnego chrapania wujka Harolda. W takiej sytuacji zwykle przyciskałam do uszu poduszkę aby nic nie słyszeć ale wtedy odetchnęłam z ulgą. Nagle wstrząsnęło mną od niepokoju.. boże.. a jak on widział moją krew? A jakby komuś powiedział.. już zupełnie bym miała pozamniatane.. zabili by mnie ! Spalili na stosie ! Cała moja rodzina.. nie! To nie możliwe.. przecież zakrywałam, On nie mógł widzieć.. ten.. Mike? Uspokoiłam się. Sama nie wiem czemu, złapałam delikatnie marmurowy parapet okna przy drzwiach i uklękłam na schodach. Powoli wysunęłam głowę do góry tak, aby móc dyskretnie zobaczyć czy ON tam nadal jest. Ujrzałam go przy płocie ze skierowaną głową w moją stronę i natychmiast schowałam głowę. To było straszne.. on tam stał. Mike tam stał. Nie mogłam sama siebie zrozumieć. Dziewczyno, jesteś na tyle mądra, że powinnaś była od razu iść na górę do swojego pokoju, a nie jak jakaś głupia klęczeć na schodach i podglądać ludzi na ulicy! Wzdrygnęłam. Zdecydowałam się jeszcze raz spojrzeć, tak tylko na chwilę.. zobaczyć czy jeszcze tam stoi. Był. Ale już nie sam i nie przy moim płocie. John podjechał swoim czerwonym motorkiem, którym tak się ekscytował ostatnio i wkurzony gadał coś do Mike'a. Po chwili odjechali z piskiem.
    Chwilę jeszcze wpatrywałam się w miejsce gdzie stał mój... Jezu.. chłopak , który uratował moją szpilkę. Nie trwało to długo. Spojrzałam na moje kolana. Były już całkiem wygojone, nie było śladu po ranie.. ah ta przeklęta Złota krew.. Wstałam i zaczęłam iść po schodach w stronę 1 piętra. Ku mojemu zdziwieniu w przedpokoju pod schodami zapaliło się światło. Przy schodach stała rozczochrana Christiana w swoim ochydnym kwiecistym szlafroku z poliestru. Przyłożyłam z zaskoczenia dłoń do ust. Christiana uśmiechnęła się mieszając swój pocieszny z ironicznym wyrazem twarzy
- No przecież- zaśmiała się kpiąco- jak mogłabym się tego nie spodziewać.. wychodzisz w środku nocy, trzaskasz drzwiami i robisz ze mnie idiotkę? Hah.. chcesz oszukać Christianę Horal ? Nie przesadzasz przypadkiem ze swobodą, Jolene ?
- Madie..
- Ah, przepraszam cię bardzo, droga Madie!- zakpiła
Zmieszałam się.
- Zupełnie jak matka.. zupełnie jak matka.. - czknęła – Hah ! Nie masz za grosz szacunku ! Ta moja siosta... ta Lorraine.. - wykrzykiwała -ta ochydna, ta okropna suka, dziw..
Przerwałam jej
- Nie masz prawa jej tak nazywać! -krzyknęłam z żalem i rozpaczą w głosie
- Co ty powiedziałaś ? - szepnęła z wrogością i zbliżyła się- NIE MASZ PRAWA MÓWIĆ MI DO CZEGO NIE MAM PRAWA !

Krzyknęła tak, że kryształy, z których zrobiony był żyrandol w salonie zagrał hymn mojej dawnej szkoły. Łzy napłynęły mi do oczu. Christiana zaczęła wyć tak, że w jednym portrecie na ścianie pękła szybka ochronna. Wujek Harold biegł przerażony i o mało nie wywrócił się na schodach, tłusty biedaczek. Nie wolniej biegłam i ja. Zatrzymałam się przed moimi drzwiami, chwyciłam klamkę i przyłożyłam czoło do drzwi głęboko oddychając. Łzy napłynęły mi do oczu na nowo. Przekręciłam klamkę i zamknęłam cicho drzwi. Czując przypływ zdenerwowania poczułam, że muszę zrzucić coś, rozbić, cokolwiek. Padło na drewnianą szkatułkę z wydrapaną różą stojącą na komodzie. Machnęłam ręką z całej siły a szkatułka upadła ujawniając wszystko co w niej się znajdowało. Zaczęłam zbierać monety, kolczyki, spinki i inne rzeczy gdy pod moją ręką znalazło się zdjęcie. Na zdjęciu była mała słodka dziewczynka, z kręconymi do połowy uda włosami, błękitnymi Horalowskimi oczkami i pięknym szerokim uśmiechem. Łza stuknęła o twarzyczkę dziewczynki. Dopiero teraz mogłam dać upust moim łzom.. Moja słodka Sharlotte, tak bardzo tego nie chciałam !

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz