Madie
V
Mike
Patrzyłem
jak Madie lekko utykając idzie. Zupełnie nie wiedziałem dlaczego.
Dopiero co płakała błagając o pomoc, a chwilę po tym zaczęła
uciekać. Nie mogłem jej tak zostawić, nawet jeżeli nie chciała,
lub nie lubiła mojego towarzystwa nie mogłem. Nie mogła stać jej
się krzywda. Ruszyłem w jej stronę gdy poczułem ścisk ręki
Johna na moim nadgarstku, który sprawił, że moje ciało cofnęło
się do tyłu. Pytająco spojrzałem na Johna. Miał przerażony
wzrok, ścisnął bardziej dłoń.
- Mike,
nie idź za nią- szepnął.Szarpnąłem ręką lecz John nie miał zamiaru uwolnić nadgarstka ze ścisku. Spojrzałem niepokojąco na oddalającą się Madie i stanowczo rzekłem:
- John puść mnie.
- Mike.. zrozum mnie..
- John puść mnie !
Krzyknąłem
tak, że pewnie obudziłem cały las. Puścił. Zdenerwowany zacząłem
szybko iść. Miałem gdzieś Johna i jego teorie na temat Madie. Już
dawno zauważyłem, że jej nie lubi i zawsze mnie od niej odciąga
ale nie dzisiaj. Nie teraz. Nie w tym momencie. Musiałem iść za
nią i dopilnować by bezpiecznie trafiła do domu. Gdyby nie my
pewnie wisiałaby tam i nikt by jej nie pomógł. Ktoś usłyszałby
jej wołanie o pomoc, ale zamiast sprawdzić powiązałby to z
legendą o Sanfiqe, a ona umarła by rozszarpana przez Kohentie. Ta
straszna przerośnięta zwierzyna leśna zabiła by moją.. ah
odpukać!.. zabiłaby tą niewinną, piękną istotę. A jak gdzieś
ona tu jednak była? I od początku na nią czychała ? Nie... to nie
może być prawda.. dawno by się na nas rzuciła.. ale moje gdybanie
nie mogło przesądzać o jej życiu. Nigdy. Dlatego nie zwalniałem
kroku.
Jej
kręcone włosy do pasa tańczyły z wiatrem, a ona sama
przytrzymywała sukienkę, a właściwie jej resztki, by nie odkrywać
swojej cudownej pupy, zarysowanych bioder oraz piersi. Były one
wtedy rozmiaru C.. albo pomiędzy B a C sam już nie wiem. Nie
wątpliwe była jednak cudowna. W moim krótkim, bo zaledwie 18
letnim życiu, nie widziałem piękniejszej kobiety od niej. No ale
odbiegłem od tematu.
Madie
chyba nie wiedziała, że za nią idę. Byliśmy już bardzo blisko
wejścia do Saliguedy. W pewnym momencie jednak stanęła. Stanąłem
wtedy i ja. Spojrzała w moją stronę. Mało się nie przewróciła
i zaczęła szybko iść. Zacząłem biec.
-Madie!
To ja, Mike , nie bój się !- krzyknąłem .
Madie
zaczepiła o korzeń i upadła boleśnie na ziemię. Gdy wstała
przetarła dłońmi o kolana i uniosła dłonie na wysokość piersi.
Przetarła coś mieniącego się między kciukiem a palcem
wskazującym i środkowym. Spojrzała jeszcze raz w moją stronę i
zaczęła bardzo szybko biec. I ja przyspieszyłem.
- Madie,
ja chcę ci tylko pomóc ! Proszę stój ! - krzyczałem błagalnie.
Madie
nie zwalniała. Biegła ta szybko, że ja , reprezentant szkoły w
biegach, nie mogłem jej dogonić. Miała jeszcze na sobie szpilki.
Mężczyźni, zbyt rzadko doceniamy kobiety, oj zbyt rzadko!
Minęliśmy bramę z napisem „Pegqaroe mve Saligueda”, która ma
oznaczać coś w stylu „Brama Saliguedzka” ( do dzisiaj nie
łapię się w starodawnym
Oblendeaiskim),
gdy „pościg” przeniósł się na kamienną ulicę. Myślałem,
że już nie dam rady, gdy Madie zachwiała się i kucnęła.
Wyraźnie było widać, że się z czymś siłuje. Gdy byłem już
blisko niej zwolniłem krok. Po cichu podszedłem i ukucnąłem. Na
ulicy nie świeciły się już lampy, jedynym oświetleniem stał się
półmrok poranka i znikający już księżyc. Madie zaciągnęła
pośpiesznie sukienkę na kolana i spojrzała na mnie swoimi pięknymi
i roztrzęsionymi oczami. Uspakajając oddech spuściła głowę. W
dziurze od klapy studzienki utknął jej but. Madie oparła się
dwoma rękami o kamienie na drodze, a ja złapałem za złoto-czarną
szpilkę i mocno pociągnąłem do góry. Zatopiła swój wzrok w
moich oczach na dobre kilka sekund. Kiedy się ocknęła pobiegła
szybko do stojącego na przeciwko mnie bogato zdobionego domu z
numerem 1.
Madie
Wbiegłam
po kamiennych schodkach do domu. Zostawiając za sobą nie zamkniętą
bramkę, a w dodatku „weszłam” przez drzwi wejściowe. Świetnie.
Jestem bardzo inteligentna. Wymknęłam się z domu na imprezę,
która zakończyła się interwencją policji, szwendałam się po
lesie robiąc sobie krzywdę i niszcząc ulubione ubrania, a do tego
nie zamknęłam bramki za sobą i weszłam przez główne drzwi
zupełnie nie myślac. Wpadłam w naprawdę poważne kłopoty.
Przełknęłam ślinę i starałam się jak najciszej zamknąć
wielkie mosiężne drzwi. Osunęłam się na podłogę przy drzwiach.
Uf.. nie było nic słychać oprócz okropnego chrapania wujka
Harolda. W takiej sytuacji zwykle przyciskałam do uszu poduszkę aby
nic nie słyszeć ale wtedy odetchnęłam z ulgą. Nagle wstrząsnęło
mną od niepokoju.. boże.. a jak on widział moją krew? A jakby
komuś powiedział.. już zupełnie bym miała pozamniatane.. zabili
by mnie ! Spalili na stosie ! Cała moja rodzina.. nie! To nie
możliwe.. przecież zakrywałam, On nie mógł widzieć.. ten..
Mike? Uspokoiłam się. Sama nie wiem czemu, złapałam delikatnie
marmurowy parapet okna przy drzwiach i uklękłam na schodach.
Powoli wysunęłam głowę do góry tak, aby móc dyskretnie zobaczyć
czy ON tam nadal jest. Ujrzałam go przy płocie ze skierowaną głową
w moją stronę i natychmiast schowałam głowę. To było straszne..
on tam stał. Mike tam stał. Nie mogłam sama siebie zrozumieć.
Dziewczyno, jesteś na tyle mądra, że powinnaś była od razu iść
na górę do swojego pokoju, a nie jak jakaś głupia klęczeć na
schodach i podglądać ludzi na ulicy! Wzdrygnęłam. Zdecydowałam
się jeszcze raz spojrzeć, tak tylko na chwilę.. zobaczyć czy
jeszcze tam stoi. Był. Ale już nie sam i nie przy moim płocie.
John podjechał swoim czerwonym motorkiem, którym tak się
ekscytował ostatnio i wkurzony gadał coś do Mike'a. Po chwili
odjechali z piskiem.
Chwilę jeszcze wpatrywałam się w miejsce
gdzie stał mój... Jezu.. chłopak , który uratował moją szpilkę.
Nie trwało to długo. Spojrzałam na moje kolana. Były już całkiem
wygojone, nie było śladu po ranie.. ah ta przeklęta Złota krew..
Wstałam i zaczęłam iść po schodach w stronę 1
piętra. Ku mojemu zdziwieniu w przedpokoju pod schodami zapaliło
się światło. Przy schodach stała rozczochrana Christiana w swoim
ochydnym kwiecistym szlafroku z poliestru. Przyłożyłam z
zaskoczenia dłoń do ust. Christiana uśmiechnęła się mieszając
swój pocieszny z ironicznym wyrazem twarzy
- No
przecież- zaśmiała się kpiąco- jak mogłabym się tego nie
spodziewać.. wychodzisz w środku nocy, trzaskasz drzwiami i robisz
ze mnie idiotkę? Hah.. chcesz oszukać Christianę Horal ? Nie
przesadzasz przypadkiem ze swobodą, Jolene ?- Madie..
- Ah, przepraszam cię bardzo, droga Madie!- zakpiła
Zmieszałam
się.
- Zupełnie
jak matka.. zupełnie jak matka.. - czknęła – Hah ! Nie masz za
grosz szacunku ! Ta moja siosta... ta Lorraine.. - wykrzykiwała -ta
ochydna, ta okropna suka, dziw..
Przerwałam
jej
- Nie
masz prawa jej tak nazywać! -krzyknęłam z żalem i rozpaczą w
głosie- Co ty powiedziałaś ? - szepnęła z wrogością i zbliżyła się- NIE MASZ PRAWA MÓWIĆ MI DO CZEGO NIE MAM PRAWA !
Krzyknęła
tak, że kryształy, z których zrobiony był żyrandol w salonie
zagrał hymn mojej dawnej szkoły. Łzy napłynęły mi do oczu.
Christiana zaczęła wyć tak, że w jednym portrecie na ścianie
pękła szybka ochronna. Wujek Harold biegł przerażony i o mało
nie wywrócił się na schodach, tłusty biedaczek. Nie wolniej
biegłam i ja. Zatrzymałam się przed moimi drzwiami, chwyciłam
klamkę i przyłożyłam czoło do drzwi głęboko oddychając. Łzy
napłynęły mi do oczu na nowo. Przekręciłam klamkę i zamknęłam
cicho drzwi. Czując przypływ zdenerwowania poczułam, że muszę
zrzucić coś, rozbić, cokolwiek. Padło na drewnianą szkatułkę z
wydrapaną różą stojącą na komodzie. Machnęłam ręką z całej
siły a szkatułka upadła ujawniając wszystko co w niej się
znajdowało. Zaczęłam zbierać monety, kolczyki, spinki i inne
rzeczy gdy pod moją ręką znalazło się zdjęcie. Na zdjęciu była
mała słodka dziewczynka, z kręconymi do połowy uda włosami,
błękitnymi Horalowskimi oczkami i pięknym szerokim uśmiechem. Łza
stuknęła o twarzyczkę dziewczynki. Dopiero teraz mogłam dać
upust moim łzom.. Moja słodka Sharlotte, tak bardzo tego nie
chciałam !
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz