czwartek, 29 stycznia 2015

"Madie Jolene Meiden" - Rozdział VI

Madie VI
Madie
     Moja droga Sharlotte.. ta tragedia.. ten dzień zostanie mi w pamięci na zawsze. Pierwszy raz w życiu nasza mama zaufała mi i powierzyła mi opiekę nad tobą. Starałam się by uśmiech ani na chwilę nie uciekł z twojej twarzy, byś nie odczuła nie obecności mamy. Wszystko szło tak jak miało być.. przynajmniej do tamtej chwili. Bawiłam się z tobą, dałam ci kolację, wykąpałam cię, a w końcu zaczęłam ci śpiewać myjąc naczynia. Kręciłaś się, skakałaś, śpiewałaś swoim pięknym głosikiem razem ze mną. Zerkałam co chwila na ciebie zza ramienia, byłaś taka grzeczna, byłaś w tym miejscu co ci kazałam. Nie chciałam byś odchodziła gdzieś dalej ode mnie, nie tylko dlatego, że mama i Patrick bronili mi cię spuszczać z oczu ale i ja chciałam żebyś była bezpieczna. Niestety coś zrobiłam źle.. nie zauważyłam, nie dosłyszałam.. nie wiem. Gdy myłam garnki nasze śpiewy ucichły. Strumień wody bijący o naczynia zagłuszył odgłos tupania twoich stópek, a ja nie spostrzgłam, że gdzieś sobie poszłaś. Gdy skończyłam myć zorientowałam się, że coś jest nie tak i instynktownie obróciłam głowę. Ciebie nie było a to oznaczało tylko jedno – jesteś na schodach.. Rzuciłam talerz o kafle w kuchni rozbijając go tym na miliony kawałków i rzuciłam się w pogoń za tobą. To nie było bezpieczne miejsce na zabawę. Schody były długie, kręte stare i drewniane, pośrodku miały otwór ciągnący się na długość kilku pięter. Od czasu gdy prawie złamałaś na nich nogę twój psychiczny ojciec Patrick zakazał ci na nie wchodzić ani z nich schodzić, uważałam to wtedy za obłęd.. gdybym tylko wiedziała co się stanie.. gdybym tylko wiedziała.. Biegłam nasłuchując twoich chichotów i niestety nie pomyliłam się – byłaś na schodach. Zdążyłam tylko dobiec gdy ty zjeżdżałaś po balustradzie i przechyliłaś się do tyłu i zleciałaś do tyłu.. podbiegłam do barierki schodów i widziałam już cię tylko wystawiającą w moją stronę błagalnie rączki, przekręciłaś się główką do dołu .. ta minuta, w której twój przepiękny dziecięcy śmiech zamienił się w krzyk rozpaczy.. nie zdążyłaś nawet uronić łzy gdy zlatywałaś.. gdy zbiegłam po schodach do twojego rozbitego o posadzkę ciałka na posadzce po twoim zakrwawionym policzku spływała kropla krwi.. wybacz mi Sharlotte, moja siostrzyczko, wybacz ! To wszystko działo się tak szybko...
            Schowałam delikatnie zdjęcie do szkatułki, zamknęłam wieko. Wspomnienia bardzo bolały, nie było dnia, w którym nie myślałabym o nich. Najgorsze były wieczory. Siedząc w pokoju wpatrywałam się w gwiazdy przez okno tak jak to zawsze robiłam z Lucille. Ona zawsze mówiła, że jak się za kimś tęskni i się nie może jakieś osobie powiedzieć czegoś co wywodzi się z naszego serca można usiąść na kamieniu, popatrzeć w gwiazdy i myśląc o tej osobie powiedzieć do gwiazd. Gwiazd już niestety nie było ani nie byłam na żadnym polu z kamieniami, ale i tak usiadłam na poduchach na parapecie, by jak zawsze powiedzieć jej i mamie dobranoc. Moje poliki nieustanie pozostawały mokre od moich łez, a dłonie trzęsły się bez opamiętania. Zamknęłam swoje oczy, położyłam dłonie na sercu i powoli szeptałam łamiącym się głosem:
-Kochana mamo, wiem, że nie ma szans żeby to do ciebie dotarło, ale kocham cię i rozumiem dlaczego tak zrobiłaś, że miałaś jakiś powód i wierzę, że tak naprawdę chociaż trochę kochałaś mnie.. swoje niezwykłe dziecko..
          Co takiego zrobiła moja mama? Sama pewnie bym nie wiedziała, gdyby nie mój kuzyn Charlie i jego rozmowa z moją ciotką, a jego matką Christianą.
        Był to chyba piąty dzień od mojego pojawienia się w tej krainie. Nie wiedziałam wtedy jeszcze do końca jaka jest moja ciocia, a jest okropna , no ale nie o tym mowa. Był poranek, w ciszy jedliśmy śniadanie. W życiu nie widziałam większej ilości potraw na jednym stole. Sałatki, kurczaki, puddingi, kisiele, różnego rodzaju chleby, jajka przyrządzone w każdy możliwy sposób, wędliny, sery, sery pleśniowe, kiełbasy, serdelki, parówki, dżemy malinowe, gruszkowe, śliwkowe, agrestowe, truskawkowe, melonowe, winogronowe, dyniowe, bekon na 20 sposobów, ryby, herbaty, kompoty, kawa... wspominałam już o puddingach ? Reszta z tym. Jestem jedną z nich a patrzyłam na nich jak na odmieńców. Wszyscy mieli po trochu ze wszystkiego na talerzach i objadali się tym jakby nie jedli z pięć miesięcy!
        Czułam się okropnie siedząc obok Margaret.. gdybyście ją zobaczyli to w życiu nie powiedzieli byście, że je jak świnia! Miała kruczoczarne włosy do pasa, bladą, nieskazitelną cerę, różane wykwitne usta, długie rzęsy, szczupłą budowę ciała i bardzo podobała się chłopakom. Inne dzieci Christiany i Harolda Horalów nie odstawały urodą od Margaret. Ester, Karita i Sophie wyglądały niemalże identycznie i pozwolę sobie dodać, że były takimi samymi bezmózgami, no bo jak to się potem okazało, były czworaczkami i miały 15 lat. Siedziały koło siebie wzdłuż szklanego stołu z drewnianymi nogami, a na przeciwko siedział ich jedyny brat Charlie, który według mnie i chyba według wszystkich dziewczyn w Oblendei był zabójczo przystojny. Miał szczupłą, bladą twarz w kształcie serca i taki sam nos jak ja. Włosy na pograniczu krótkich ze średnimi, ułożone zawsze starannie z przedziałkiem na boku, ich niezwykła ciemna barwa szczególnie kłóciła się z bardzo bladą twarzą i najjaśniejszymi oczami jakie tu widziałam. Miał widocznie zarysowane ramiona, które były bardzo szerokie, wręcz nieproporcjonalne, co nadawało mu dodatkowo uroku. Zachwycił mnie jego elegancki język i to, że prawie nic nie mówi... Madie, gdzie twój mózg ? Obok Charliego siedziała z pewnością najsympatyczniejsza i najładniejsza kobieta w tej rodzinie czyli Cassie. Miała łagodny wyraz twarzy i według ciotki Amber wyglądałyśmy bardzo podobnie. Jako jedyna (nie licząc Charliego) zwracając się prosto do mnie mówiła mi dzień dobry, dobry wieczór, smacznego, dziękuję oraz miłych snów czy powodzenia... Cassie jest cudowną osobą i nigdy jej nie zapomnę, ale o niej później. Przejdźmy do jej matki.. ciotka Christiana, ciężko mi to przyznać, też była piękna. Miała śnieżnobiałe zęby, zawsze czerwone, jak krew tych normalnych ludzi, usta. Długie jak Margaret i jej siostry rzęsy pomalowane tuszem i zawsze idealnie wyregulowane brwi poprawione czarną kredką. Moja ciocia była idealnym przykładem na to, że pod piękną szatą niekoniecznie znajdziemy piękne wnętrze.
      Połowę czasu, przez który odbywał się obiad jadłam a następną połowę zastanawiałam się jakim sposobem czworaczki żrąc tyle były nadal piękne i szczuplutkie ? Podczas gdy ja wkładałam łyżkę z płatkami kukurydzianymi do ust one zjadały kiełbasę, gryzły kanapkę z majonezem i dżemem oraz popijały miętową herbatą. Chciało mi się wymiotować więc odstawiłam miskę z płatkami na bok. Pięć minut po tym wszycy już zjedli służba domowa zaczęła zbierać pozostałości po obiedzie, wuj Harold ubierał się do wyjścia, Cassie próbowała skupić się na powtarzaniu notatek na egzamin podczas gdy czworaczki przepychały się przed lustrem z zamiarem „poprawienia” makijażu, a Charlie cicho dyskutował z matką spoglądając na mnie ubierającą buty. Wuj Harold założył beret i z pomocą sługi otworzył drzwi wejściowe, które były na szczęście na tyle szerokie by Margaret, Ester, Karita i Sophie przeszły bez przepychania. Cassie sięgnęła po torbę, nie przerywając czytania zarzucając na siebie bordowy płaszcz ubierała skórzane kozaki do połowy łydki i kierowała się do wyjścia, a Charlie namawiał na coś matkę, która najwidoczniej zmęczona naleganiem Charliego mu uległa. Wszyscy oprócz mnie i Charlie'go wyszli, a Christiana kiwnęła głową słudze by ten zamknął drzwi. Podekscytowany Charlie szybkim krokiem przeszedł przez korytarz do jadalni, a ja ukryłam się we wnęce pomiędzy wielkim skórzanym fotelem a ścianą, skąd miałam świetny widok na nich. Pani domu wyprosiła służące, które sprzątały po posiłku i już bałam się, że jedna ze służących-Carrie domknie drzwi od pomieszczenia gdy ta zachwiała się i zbiła z pięć porcelanowych filiżanek. Ku mojemu zdziwieniu Christiana nie przybiegła i nie skopała jej grożąc utratą posady i potrąceniem z wypłaty, a podbiegła do drzwi i zamknęła je z hukiem.. miałam szczęście, że te drzwi nie były odnawiane przez Pana Laries, w innym razie drzwi były by szczelne i nie słyszałabym tego co mówią. Znalazła się również szpara w drzwiach poprzez którą widziałam całą sytuację odbywającą się za drzwiami jadalnej sali.
Christiana siedziała na krześle przy stole podpierając czoło ręką, a Charlie chodził nerwowo w tą i z powrotem po sali. Siłował się z supłem u swojej długiej czerwonokrwistej szaty, gdy jego matka wstała i złapała go za ramię:
    -  Charlie.. nie wiem czy to jest najlepszy pomysł żebyś wiedział takie rzeczy.. to jedna z naszych rodzinnych tajemnic.. to nie może się wydostać poza ród.. Ród Złotej Krwi.. ja nie mogę... !
    -  Matko, zachowaj spokój!- powiedział łapiąc Christianę za ramiona- mam szesnaście złotych lat z osiemdziesięcioma dniami.. za rok i pięćdziesiąt dni osiągnę pełnię krwi..
Puścił jej ramiona
   -  Nikomu nic nie wyjawię.. matko czy ty mi nie wierzysz? Nie ufasz?- rzekł ze smutkiem w głosie- jestem jedyny.. jedynym następcą.. to mogę być ja! Następca Pealis'a! Założyciela rodu, posiadacza niezwykłego genu.. jestem inny niż wszyscy.. jedyny z rodzeństwa jestem mężczyzną ! Matko moja !
  Christiana odwróciła twarz by ukryć przerażenie, by ukryć to, że wiedziała jaka jest prawda. Usiadła na krześle przy stole i powróciła do początkowej pozy. Charlie usiadł koło niej i wyszeptał:
- To ja ją znalazłem. To ja byłem w lesie gdy ona leżała w wielkim dębie. To ja rozpoznałem znaki na jej bransoletce. To ja ją przyniosłem! Jeżeli ja ją znalazłem chcę wiedzieć jak się tam znalazła... Myślisz matulu, że nie wiem o Lorraine, twojej siostrze?
  Blada twarz Christiany pobladła jeszcze bardziej.
  -  Był ktoś taki..a kogoś takiego nie ma z nami w Oblendeai. Mamo! - złapał rozpaczliwie i stanowczo mamę sa nadgarstek- ja wiążę fakty ! Powiedz mi jak Madie się tam znalazła !
    Zrobiło mi się słabo... jaka Lorraine? Dlaczego o mnie mówili? Christiana spojrzała na Charliego i przełknęła ślinę.
  -  Dobrze..
Charlie poprawił się na krześle z zaciekawieniem i ulgą.
  -  Lorraine to moja.. sio..siotra. To było wiele lat temu, wtedy kiedy ty się urodziłeś i.. Madie. Lorraine jest jej matką, a może była.. nie wiem. Była strasznie towarzyska, miała wielu przyjaciół, uznanie wśród Naszych – zacisnęła mocniej pięść – miała wszystko. Zaszła w ciążę z kimś, tylko ja go znałam.. - zacisnęła jeszcz mocniej pięści i zaczęła szybko i szaleńczo mówić- wszyscy myśleli, że Jolene urodziła się z blond włosami i takimi oczami bo jej ojciec miał blond włosy, a tak naprawdę jest taka bo..
Christina zacięła się, jej oczy otworzyły się nienaturalnie, a Charlie gorączkowo zapytał:
   - Dlaczego jest taka ? Matko no dlaczego? Proszę zwierz się !
Kobieta wstała od stołu. Chwyciła to co miała pod ręką, czyli nóż kuchenny, który rzucony utkwił w portrecie rodzinnym. Zerwała ze stołu obrus zrzucając tym samym talerze i szklanki, które robiły się o podłogę. Padła na podłogę kolanami i dłońmi, z jej rąk zaczęła lać się złota krew. Ze łzami w oczach zaczęła szeptać jak szaleniec, którym była:
  -  Uciekła z nią głupia, do lasu.. widziałam że do lasu.. miałam nadzieję, że rozszarpie je zwierzyna ! Miałam! Nie wiem dlaczego – zawiesiła głos i zaczęła krzyczeć - Jolene przeżyła, gdzie była.. Nie wiem ! Idź już ! Zostaw mnie!
Charlie patrzał na nią zszokowany i odsunięty przez służbę wybiegł z jadalni, a następnie z domu.
Przez następne pięć minut wpatrywałam się jak służące z wujkiem trzymają ją by się uspokoiła, jednak postanowiłam pójść w ślady Charliego i wybiec jak najszybciej z tego dziwnego domu.
         Otworzyłam oczy, za oknem było już jaśniej. Spojrzałam na zegar. Została mi godzina do pobudki. Przekręciłam się plecami do okna i oparłam się o nie zamykając oczy i uśmiechnęłam się. Nie wiem czemu. Czułam jakby we mnie jeszcze coś żyło. Nieotwierając oczu rozebrałam się do bielizny. W tym samym stanie dotarłam do łóżka. Rzuciłam się na nie jak nieżywa. Nie długo po tym zasnęłam. Chyba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz